— Cóż chcesz, to nasza cała pociecha; nie mamy już nikogo prócz niej.
W czasie, kiedy tak rozmawiali, osóbka, o której toczyła się rozmowa, biegła szybko pod górę ku dworowi; od śpiesznego biegu i wzruszenia serduszko biło jak młotem i twarz była w płomieniach. Kiedy dobiegła do bramy, ogromne psy z głośnem szczekaniem rzuciły się ku niej, ale poznawszy swoją dobrą znajomą, poczęły się łasić, kręcić z uciechy ogonami i lizać jej ręce. W podskokach uwijały się koło niej, dobijające się o jej powitanie. Jeden drugiemu zazdrościł i, odpychając się wzajemnie, cisnęły się do niej. Pogłaskała obu i pobiegła pod okno.
Dziadek siedział przy stole, nakrytem już do wieczerzy i czytał gazetę. Obleciała dom naokoło, weszła przez garderobę, dała znak paluszkiem zrywającej się pokojówce żeby milczała i wsunąwszy się na palcach do jadalnego pokoju, stanęła za dziadkiem i nagle zakryła mu oczy rękami.
Starowina w pierwszej chwili przeląkł się.
— Kto to? — zawołał i chwycił za ręce, co mu zasłaniały oczy. — Panno Ksawero, cóż to ma znaczyć?
— Janina wybuchnęła głośnym uśmiechem, że ją wziął za pannę Ksawerę.
— Dziadzio mnie nie poznał?
— A ty zkąd się tu wzięłaś figlarko? — pytał tuląc ją do siebie i całując w głowę.
— Spadłam z księżyca...
— Gdzie babcia?