Wyszli na ogród, szukali, wołali napróżno. Aż nagle ukazała się na płocie, zakryta do połowy krzakiem leszczyny, z włosami wilgotnemi, rozpuszczonemi, które przytrzymała jedną ręką pod bródką, a drugą zapinała prędko na piersiach popielaty płaszczyk. Z twarzyczką rumianą, uśmiechniętą, umytą zimną wodą, wyglądała jak rusałka.

— Tu jestem! — zawołała, śmiejąc się.

— A ty tam co robisz?

— Kąpałam się.

— Sama? Jakże można było! a nuż przypadkiem jaki!

— Nie bój się, babciu, znam rzekę.

— A teraz panna złodziejom drogę przez płoty pokazuje — zawołał dziadek — śliczna mi historya. Zleziesz mi ty zaraz z płotu, ty psotniku mały.

— Tylko ostrożnie — dodała babcia — bo możesz nogę zwichnąć, podrapać się...

Zanim jednak wypowiedziała swoje obawy, panna już była na ziemi i zaczęła, zamiast usprawiedliwienia się, całować staruszków.

— Jaka ona zimna! jeszcze rozchorować się może — odezwała się znowu babka, trzymając jej rączkę w swoich.