— Może jest niedość grzecznym dla ciebie, niedość się tobą zajmuje?

— Owszem, aż nadto.

— I to cię gniewa?

— Spodziewam się.

— Wiesz, doprawdy, że nie rozumiem cię. Bo gdyby mną chciał się zajmować taki miły i przystojny chłopiec, tobym się wcale o to nie gniewała.

— Odstępuję ci go całkiem, jeżeli ci się tak podoba.

— I nie będziesz zazdrosną o niego? — spytała filuternie.

— Ja? — i zapytaniu temu towarzyszył taki wyniosły, lekceważący uśmiech, że Zosia uważała za stosowne przerwać tę rozmowę.

Po południu całe towarzystwo pojechało we dwa zaprzęgi do pustelnika, który mieszkał o niecałą milkę między lasami, w uroczej ustroni. Panie jechały w powozie, panowie bryczką; że jednak na samo miejsce dojechać nie można było, więc tam, gdzie się powozy zatrzymały, ojciec Zosi podał ramię babuni, aby ją poprowadzić ścieżką przez las.

— No, a wy, panny — odezwał się żartobliwie dziadunio — musicie ciągnąć węzełki o kawalera, bo macie tylko jednego.