— Ale żeby tak ciągle się śmiać, to nieprzyzwoicie.
— Odkądże to zrobiłaś się taką sensatką? Przecież wczoraj jeszcze broiłyście tak, że was uciszyć nie można było.
— To co innego, bośmy były same.
— A cóż to, Adam straszydło, żebyście się przy nim śmiać nie mogły? Uroiłaś sobie coś do tego chłopca, a widzisz, że Zosia bardzo przyjemnie z nim się bawi.
— A niech się tam bawią.
Nie chciała już więcej mówić o tem, bo ją gniewało, że dziadek nie trzyma jej strony.
W pół godziny później wszyscy znaleźli się koło mieszkania pustelnika. Był to maleńki drewniany domek bluszczem i powojami tak zakryty, że wyglądał jak altanka, tyłem oparty o skałę, na której stoi krzyż, odbijający czarnemi ramionami na tle zieloności lasów i błękitu nieba. Tam było miejsce modlitwy pustelnika.
Nie był to pustelnik w rodzaju średniowiecznych ascetów; może jakaś burza w życiu wyrzuciła go ze społeczeństwa, może zamiłowanie natury zapędziło go tutaj. Był cichy i małomówny; ale nie stronił od ludzi i bywał po kweście w okolicznych dworach. Adama i Janinę znał jeszcze dziećmi.
Starzy rozpoczęli z nim pogawędkę, a młodzi poszli na skały zbierać kwiaty. Janinę drażniło to jednak, że Zosia zanadto była uprzejmą dla Adama, ciągle trzymając się przy nim; zostawiła ich więc, żeby się dowoli nacieszyli sobą, a sama wróciła do starszych. Pustelnik spostrzegł jej kwaśny humor.
— Jakoś narzeczony się sprzeniewierza — odezwał się żartobliwie.