Tego już było zanadto dla rozdraźnionej kapryśnicy. Odeszła zadąsana na bok i zaczęła płakać. Pierwsza babka to spostrzegła i podeszła do niej.
— A ty czego płaczesz Janinko? co ci się stało?
— Nie potrzebuję, żeby mnie prześladowano wciąż tym narzeczonym, bo ja go nie chcę!
— Ależ nie bądźże dzieckiem, przecież to tylko żarty — uspokoiła ją babka.
Janinka jednak mimo to nie mogła się powstrzymać od płaczu; nerwowe rozdraźnienie, którego doznawała przez cały dzień, spowodowało ten wybuch spazmatyczny. Nie miała siły powstrzymać się od tego, jakkolwiek starała się zapanować nad sobą, choćby dla tego, żeby nie poznano jej, że płakała. Rozgrzewała co tchu chuchaniem w chusteczkę i osuszała nią oczy. Mimo to Zosia, wróciwszy z pękiem kwiatów, poznała to teraz i zaniepokojona spytała, co się jej stało.
— Głowa mnie rozbolała tak boleśnie, że nie do wytrzymania.
— Zrobię ci kompresik, to ci ulży.
Złożyła w kilkoro chusteczkę, zmaczała w poblizkiem źródełku i obwiązała czoło przyjaciółce. Janina musiała przyjmować te oznaki troskliwości, aby się nie zdradzić. Pozwalała sobie kłaść zimne okłady na głowę, choć właściwie bardziej serduszko tego potrzebowało.
Po jakimś czasie wrócił znowu i Adam. Trzymał w reku bukiecik leśnych kwiatów, bardzo artystycznie ułożony. Miał widocznie ochotę oddać je Janince, ale zobaczywszy ją cierpiącą, spuścił na dół rękę, w której trzymał bukiet i zapytał ją troskliwie:
— Co to kuzynce?