— No, to przecież we troje jeszcze lepiej zabawić się możemy. Adaś jest taki wesoły chłopiec.

„Adasiem go już nazywa” pomyślała sobie Janina i ta zbytnia poufałość przyjaciółki dla jej kuzyna obraziła ją. — Adaś, Adaś — to zdrobniałe nazwanie jak osa brzęczało jej koło ucha.

— Ja sądziłam — rzekła po chwili — że towarzystwo moje powinno ci wystarczać.

— Więc nie chcesz, żeby Adaś chodził z nami.

— Przecież wiesz o tem.

— Więc dobrze, pójdziemy dziś same do lasu.

— I Azor z nami.

— Tak, tylko Azor.

Zaraz po południu, bo się prześlicznie wypogodziło, wzięły robótki, Azora, przekąski w koszyczek, aby nie potrzebowały wracać prędko i poszły w to miejsce, gdzie tyle miłych chwil przepędziły. Ale te chwile przeszły niepowrotnie; serdeczne przyjaciółki nie umiały się już bawić ze sobą tak dobrze, jak dawniej; coś im przeszkadzało, czegoś im brak było. Nie śmiały, czy też nie chciały mówić o tem, co w tej chwili zajmowało ich główki. Nieobecny dla oczów Adaś stał im na myśli, a ilekroć rozmowa ich potrąciła o niego, rwała się i obie milkły znowu na długo. Nie bawiły się jakoś tak, jak sobie obiecywały, i choć wybrały się na całe popołudnie, jeszcze przed kawą wróciły do domu.

Po kawie, ledwie się rozeszli, Janina, która poszła zaraz do swego pokoju, z oburzeniem zobaczyła przez okno, że Adam z Zosią już byli w ogrodzie. Było to rzeczą bardzo naturalną, że wyszedłszy z nią z pokoju, poszedł potem z nią do ogrodu. Janinie jednak wydawało się to wielkim nietaktem i nieprzyzwoitością ze strony Zosi, żeby tak gonić wszędzie za panem Adamem i pomimo przyjaźni, jaką miała dla niej, z pewną pociechą pomyślała sobie, że już niezadługo Zosia pojedzie. Pojutrze wypadały imieniny dziadka, potem babki — a potem zapewne najdalej za dwa lub trzy dni wyjedzie Zosia z ojcem.