Rozśmiał się wesoło i rzekł:
— A czem?... Góral chodzeniem się nie zmęczy tak prędko.
Spojrzał na skrzypce i odezwał się:
— Ano byś zagrał co Jędrku.
Jędrek nie dał się długo prosić. Ochota do grania i tańca u górali na poczekaniu. Byle skrzypki i trochę miejsca, już zabawa i taniec. Ledwie Jędrek przyłożył skrzypce do twarzy i grać zaczął, przytupując sobie nogą, wnet Stach począł przebierać nogami i skakać; a za nim wysunęła się Tereska z pod pieca i kółkiem kręciła się koło niego. Czasami Stach zatrzymał się, klasnął w dłonie, wtedy ona wpadała mu w ramiona, zakręcili się oboje, jak wicher, gdy tumanem liści i prochu zakręci; i znowu puścili się, i on przebierał i tupał na miejscu nogami, a ona drobym kroczkiem boczkowała koło niego.
Tak tańcuje góral w domu, w szałasie, tak samo w karczmie. Choćby było najwięcéj miejsca i ludzi, zwykle tańcuje tylko jedna para lub dwie, reszta się przypatruje tylko. Taniec ich więc jest raczéj popisem, niż uciechą. Znają wprawdzie i Lacha6, ale go nie radzi tańcują; wolą zawsze swojego dreptaka.
Jeszcze Stach nie ukończył tańca, gdy wszedł Bartek w posmolonem ubraniu hawiarza, miał na plecach worek z narzędziami i chlebem na dni kilka, a w ręce kaganek górniczy. Zaraz po wieczerzy ruszył ze Stachem w drogę.
Po jego odejściu wróciłem do mojéj izdebki i wnet położyłem się spać. Obudził mnie grzmot silny. Zerwałem się przestraszony i pobiegłem do okna, które gwałtowny wicher otworzył. Na dworze było ciemno, chmury warczały częstemi grzmotami, a błyskawice od czasu do czasu rozdzierały ciemności i rzucały oślepiające blaski na okolicę. Burza stawała się coraz zawziętszą, silniejszą. Wiatr szamotał olszynowym gajem, targał go i szarpał nielitościwie, wył między chatami i huczał w kominie. Dunajec szumiał i pienił się wezbranemi wodami, a deszcz lał strumieniem. Stałem długi czas w oknie, myśląc o Stachu i Bartłomieju, czy wczas przed burzą doszli do kopalni, lub czy ich burza w drodze zaskoczyła. Zmiana wiatru, który skierował deszcz prosto w moją izbę, zmusił mnie zamknąć okno. Późno w noc ustała burza, i położyłem się spać powtórnie koło trzeciéj.
Na drugi dzień po burzy śliczne nastało rano. Okolica cała obmyta deszczem wyglądała świeżo i pięknie, jak dziewczyna, gdy po płaczu się uśmiechnie. Powietrze było świeże, czyste, drzewa zieleńsze, na każdym listku drżały brylantowe krople rosy, w których promienie słoneczne łamały się różnemi kolorami.
Wyszedłem przed chatę. Tereska z sierpem szła w pole.