— Paroma papierkami biedy nie wyżenie z chałupy.

— Ale to zawsze pomoc. Chodźcie, chodźcie; z wami mi jakoś raźniéj robić. A dawnoście już nie byli. Kasyjer pytał się, czy już nie chcecie być hawiarzem?

Nie zrozumiałem wiele z téj rozmowy, i dlatego zapytałem się Jędrka, co znaczy bania, a co hawiarz?

— Bania, wiecie — rzekł Stach żywo, wyręczając leniwego Jędrka — to jama, gdzie kopiemy rudę.

— Jaką rudę?

— Ano żelazną. A my, co kopiemy, nazywamy się hawiarze. Wiecie teraz?

Rozgadawszy się, opowiadał mi daléj Stach, że pracują w bani pod Magórą, że pracują spółkami po czterech lub sześciu, że oprócz zarobku dostają za nowego właściciela mundur górniczy, że mają swoją muzykę i inne tym podobne rzeczy. Potem, znowu zwrócił się do Bartłomieja, który jakoś nie miał ochoty iść do bani, i tak go zaczął namawiać, że stary zdecydował się iść i wyszedł do komory, by się przebrać.

— I nocą pójdziecie? — spytałem.

— A nocą, panie, żeby rano już rozpocząć robotę. Teraz miesiączek świeci, to pójdziemy raźno.

— To przyjdziecie pomęczeni.