— A on rozśmiał się z was?... co?
— Coby się zaś miał śmiać? Spojrzał on na mnie dziwacznie jakoś i rzekł poważnie: macie wy bogactwa większe, niż się domyślacie; tylko je dobyć trzeba. W tem sztuka. A to był mądry człek, panoczku, i rzetelny, to pewnie nie kłamał.
Gdy to opowiadał o nieznajomym podróżniku Bartłomiej, cała rodzina słuchała go z wielkiem zajęciem, a najbardziéj Jędrek. Podniósł się na łóżku, odłożył skrzypce na bok i zasłuchał się cały, a oczy jego blyszczały dziwnym ogniem.
— Gdyby to znaleźć taki skarb — odezwał się, gdy ojciec przestał mówić — człekby nie potrzebował tak ciężko pracować, i odetchnąłby trochę.
— A czy wy wiecie — spytałem — co nieznajomy rozumiał pod bogactwem owem?
— A cóżby, jeno pieniądze.
— Tak, ale pieniądze zaklęte, które bez pracy dobyć się nie dadzą.
Chciałem daléj o tem mówić, gdy drzwi się otworzyły i wszedł młody góral w czarnéj koszuli i lichem ubraniu.
— Pochwalony... witajcie — rzekł.
— Witaj Stachu.