Padły słowa nieubłagane jak los, miażdżące jak przeznaczenie... Reszta zginęła w burzy nagłej płaczu, od której zadrżały ściany świątyni, jak nie drżały nigdy od żadnych głosów ludzkich. Tłum cały szlochał, a była w tem tak przerażliwa groza, że słuchać tego stawało się niepodobieństwem. Ksiądz zszedł z ambony i znikł. Lud nie opuszczał kościoła. Płacz zbiorowy jak grom wstrząsał starymi ścianami z modrzewiu. Jakiś głos pojedyńczy wzniósł się ponad inne i zaintonował pieśń, przerywaną łkaniem: „Pod Twoją obronę...”

Wnet tłum podchwycił: „uciekamy się Święta Boża Rodzicielko...”

Popłynęła pieśń jak niewymowna skarga...

Wszedł zakrystjan, stary, ociężały i począł gasić świece długim swym kijem. Nikły złote gwiazdki jedna po drugiej, cień zaległ kościół i stopił kontury przedmiotów. Zmierzch zaciągnął szarą płachtą okna — wieczór szedł.

Zakrystjan zamknął zakrystję, zamknął drzwi boczne. Zgrzytały stare klucze w zardzewiałych zamkach... szczękały złowrogo... jak zapadające wieko trumny... Szedł teraz przez kościół głośno, dzwoniąc pękiem żelaztwa, na znak, że trzeba kościół opróżnić. Myśl jak iskra piebiegła tłum: skąd powstała? kto podał pierwszy? — Któż zgadnąć zdoła? Wszyscy się wysypywać zaczęli za starym Handyrem. Na dziedzińcu kościelnym otoczył go zwarty tłum. W jednej chwili klucze mu z rąk wydarto...

Zapadła ciemność zupełna, przyszedł słodki, cichy wieczór wrześniowy, pachnący dymem, lnem i więdnącą nacią kartoflaną. Na niebie wyroiły się gwiazdy nieco mgliste, migotliwe; pola senne, wyczerpane, objęła cisza bezmierna. Około kościołka z modrzewiu stał zwartym pierścieniem lud milczący, także nieruchomy, jakby wrosły w tę ziemię szarą, nieprzeliczony jak drzewa w borze, przepojony jakąś spokojną mocą trwania. Czasem jak szum liści zrywał się poszept pacierzy... Tak minęła noc. Zrana przed tym murem z serc wiernych aż do śmierci — zjawiła się komisja.


Wrzeciono wypadło z rąk i potoczyło się po ziemi. Mgła z łez krwawych zasłoniła obraz we wspomnieniach Serafiny...

... Nowa zjawa... Długa, w nieskończoność gdzieś idąca, biała twarda, równa wstęga szosy... Niewiadomy jej początek, nieodgadniony cel... Przecina pola ścierniskiem pokryte i nieubłaganie prowadzi w dal niewiadomą... Po tej szosie prowadzą Józika... Ona idzie za nim o kilkanaście kroków jak urzeczona... Przy spódnicy jej uczepiony drepcze Stasiek...

Józik idzie wyprostowany i wyniosły, jak ten świerk zielony. Głowę ma podniesioną i patrzy gdzieś przed siebie... Nie obejrzy się, nie zwróci głowy. Raz, dwa... Twarde kroki dudnią po szosie, brzęknie czasem bagnet... Pomiędzy czapką maciejówką, a kołnierzem brunatnej świtki — lśnią jasne, przystrzyżone krótko włosy... Serafina oczu od nich oderwać nie może. Umiłowane te włosy jasne, umiłowana głowa, jedyna na świecie całym...