Wieczór się zbliża i daleka perspektywa szosy zasnuwa się błękitną mgłą. Na przydrożne drzewa spada nagle z szumem i łopotem stado olbrzymie czarnych kawek; krakanie ich wypełnia milczący przestwór. I naraz ostrą nutą wzbija się płacz Staśka: „Oj! mamo! nogi bolą...”
Ciągnie się przy jej spódnicy, ledwo wlokąc zbolałe, bose nożyny, Serafina bierze go na ręce bez słowa i idzie dalej wpatrzona wciąż w męża, którego uprowadzają. Ale tęgi chłopak cięży jak kamień, obezwładnia ją. Przestrzeń pomiędzy nią a grupą mężczyzn coraz większa, już nie odróżnia szczegółów, widzi tylko zarysy: wysoką postać Józika, jego chód śmiały i pewny, jaśniejszą plamę jego włosów. Wreszcie i to się zaciera, Józik maleje, niknie, pochłania go dal nieubłaganie. Nie widać go już zupełnie... Wówczas i ona pada na ziemię bez łzy, bez jęku, ogłuszona niby uderzeniem, zabita bólem...
... Nigdy już więcej nie widziała Józika...
Wszystko to zmartwychwstaje w myślach Serafiny, gdy w szare dnie jesienne i zimowe przędzie przy okienku, spoglądając na dzwonnicę z milczącymi dzwonami. Mary rozprasza wtargnięcie Staśka butne, hałaśliwe. Wtedy wszystkie myśli, zdolność odczuwania matki on zabiera na wyłączną własność... Tak jak gdyby do piwnicy promień słońca wpuszczono...
*
Nad martwą, zastygłą, skamieniałą wsią powiały jakieś prądy życia. Coś się dzieje... coś drgnęło w głębinach tej duszy zbiorowej, która się zamknęła w sobie i zataiła jak ta rodząca ziemia w dnie zimowe. Ludzie się zbierają, szepczą... Skrzypnęły wrota nie otwierane przez lat tyle, chodzą po dziedzińcu kościelnym... Serafina patrzy ze swego okienka i niepojęty ból przeczucia w kleszcze męki ujmuje jej serce. Stasiek nie wraca, choć dawno już roboty wszystkie skończone i zmierzch z błękitnego staje się ciemno popielaty i nieprzenikliwy... Rozpaliła ogień na kominie, przystawiła garnki z wieczerzą. Krząta się po izbie, a w duszę ma wbity cierń krwawiący zabijającego niepokoju... Znów się coś gotuje, a każda rzecz, która się stać może, straszliwszą tylko będzie od tej, która była... Oto wreszcie kroki w sieni, szybkie, sprężyste, tak znane, drzwi się otwierają mocnem pchnięciem i wchodzi Stasiek. Rzuca czapkę, świtkę i staje przed nią w czerwonej łunie ognia. Wpijają się w niego chciwe oczy, nigdy jego widoku nie syte...
— Matko, dziś w nocy kościół kryć będziemy...
— Dziś w nocy?...
— A tak! Teraz noce jasne księżycowe... Do rana skończymy, bo cała wieś do roboty stanie... Baby i dzieci będą słomę podawać. Dach dziurawy, wiecie, przecieka. Przez jesień i zimę wszystkoby pognoiło w środku. Nad samym wielkim ołtarzem dziura. Grzech zostawić tak!...
— Grzech! Więc idziesz, synku, na całą noc?