— A idę, matko!...

— Oj... Staśku!...

— Co, matko?...

— Żeby tylko nowej biedy...

— Będzie, co Bóg da, a tak nie zostawim, matko! Nie można.

— Nie można!

Z apetytem młodego wilczka spożył wieczerzę i ochoczo wybierał się na nocną robotę. Wziął potrzebne narzędzie i wyszedł. Za nim wysunęła się matka.

Noc już była zupełna, zimna, rosista, księżycowa. Ogołocone pola stały w martwej, trupiej jasności i ciszy niezmąconej, zaświatowej. Wieś pocięta czarnemi cieniami chat i płotów, żyła, mrowiła się. Wszyscy wylegli na ulicę, opuszczone chaty świeciły martwością szyb, za któremi nie płonęło światło. Szły fantastyczne postacie, schylone pod ciężarem kulowej słomy. Inni ciągnęli za sobą drabiny. A wszystko odbywało się w ciszy. Nie zaturkotał wóz, nie padło głośniejsze słowo. Zdawało się, że to pochód cieni. Tylko zardzewiałe wrota kościelnego dziedzińca zaskrzypiały przeraźliwie, przeciągle...

Po niebie jak stal wypolerowanem, sunął wolno księżyc, świecący chłodno i równo. Jedna za drugą szły godziny długiej nocy jesiennej. Praca wrzała, bez chwili przystanku w zadziwiającej ciszy. Kobiety z ziemi podawały słomę wyrostkom stojącym na drabinach — a ci z rąk do rąk aż do tych mężczyzn, którzy pracowali na dachu. Dzieci i starzy zbierali w równe pęki roztrzęsioną słomę, która w bladem świetle świeciła metalicznie.

W chacie Serafiny buchał ogień na kominie. Bogatsi i zasobni znosili jej herbatę, a ona ją gotowała w garnkach i roznosiła gorącą śród pracujących, bo w powietrzu czuć było ostry, rzeźwy dech przymrozku.