Pogarbiona stara kościelna strzecha świeciła już łatami jasnemi, układanemi na zagrożonych miejscach. Wszyscy byli tak zajęci robota, że nie dostrzegł nikt, jak skulona postać prześlizgiwała się chyłkiem w czarnym cieniu chat i stodół aż na przeciwny koniec wsi, a potem zaroślami na drogę do miasteczka. Gdy ją zasłoniły drzewa, wyprostowała się i popędziła szybko. Bo za glorją bohaterskich czynów pełza zdrada jak posępny cień...
Księżyc świecił coraz niżej, żółknął i ściągał z nagich pól srebrne sieci blasków swoich. Lecz jednocześnie noc nasiąkała innem światłem, zrazu niepewnem, mętnem, bielejącem zwolna. Wionęło chłodem, drgnęły na miedzach senne grusze, strząsając obfitą rosę. Pod strzechami zaćwierkały wróble, a świt ostrem światłem pobielił twarde, szare twarze ludzi pracujących na dachu kościoła. Nikt nie opuścił posterunku, nikt nie zasnął, nikt nie odpoczął. Czasem tylko która z matek odprowadzała do chaty słaniające się ze znużenia dziecko — i znów wracała pod kościół. Rozdarły się białawe opary na wschodniej nieba stronie i wyjrzało słońce krwawe jakieś, bezpromienne, złowrogie. A wówczas od strony szosy doleciał odgłos miarowy, twardy, równy... Raz dwa... raz dwa... Wschodzące słońce wykrzesało iskry z jakichś metali...
Jak jęk drzew w borze, targniętych nagłą przeraźliwą wichurą, przeleciał szept, od którego krew lodowacieje w żyłach i włosy stają na głowie: Idą... Nastała chwila ciszy takiej w której życie jest zawieszone i śmierć zdaje się kłaść wszechwładną swą rękę i dławić... W tej ciszy buchnął nagły obłąkany szloch kobiecy. Nim znalazł wtór, z góry spłynął dźwięczący jak spiż — głos młodzieńczy.
— Nic to! Nim tu dojdą, robota będzie skończona! A potem... co Bóg da. Żywo, bracia!
— To Stasiek wołał, siedzący na samym szczycie, jak zuchwałe orlę...
*
Ciemno w nizkiej chacie o małych okienkach z szybami matowemi od starości. Tylko płomień wciąż podtrzymywany na kominie rozdziera cienie krwawemi błyskami. Płyną wolne godziny, dnia czy nocy — nie wiadomo zgoła. I nie troszczy się o to nikt. Na tapczanie w głębi izby leży Stasiek nieruchomy, bezwładny — jak zwalony dąb. Jasna jego głowa przerąbana strasznem cięciem, obandażowana jest płótnem zakrwawionem i workiem z lodem przykryta. Dziwne szkliste oczy uparcie ma w sufit utkwione, jakby ze zdumieniem spoglądały w zaświaty. Po twarzy młodzieńczej, ledwo puszkiem zarostu okrytej, błąkają się cienie albo nagłe purpurowe rzuty ognia. Usta czarne i spalone — otwarte w świszczącym oddechu: żar bije od krzepkiego ciała, spalonego zwolna trawiącym ogniem gorączki.
Na zydlu przy tapczanie siedzi matka. Zdawałoby się, że ją także zaklęto w bezwład i nieruchomość. Siedzi skamieniała i posępna, płomienie czarnych oczu wbite ma w syna. Z tych oczu bije niemy krzyk — straszliwy. Gdyby zdołał się wyrwać z piersi zmartwiałej — to przeszyłby niebiosa. Lecz nie przerywa nic ciszy istnie grobowej. Czasem suchy trzask smolnej szczapy na kominie. Serafina wstaje od czasu do czasu ruchem sztywnym i drewnianym, zmienia okład na głowie syna, do ust mu przytyka kubek ziół, które stoją przy ogniu. I siada znowu, by przywrzeć do Staśka tem obłąkanem w grozie swej spojrzeniem, którem zdaje się na uwięzi trzymać — naprężeniem całej swej woli, ulatujące jego życie.
Tak przechodzą godziny, dnie, w niemem zmaganiu się z przeraźliwą mocą. Nie zagląda nikt: w każdej chacie niemal stanęło widmo nieszczęścia i każdy swojem pochłonięty. Był felczer, obejrzał ranę Staśkową — i machnął ręka. Tu nie pomoże już nikt... O którejś porze nieliczonych dni, Stasiek zerwał się nagle na posłaniu. Nieprzytomnemi oczami powiódł dokoła, rękoma chwycił rozrąbaną głowę i krzyknął nieludzkim straszliwym głosem. Przypadła do niego matka, lecz już walił się w tył z rzężeniem...
Gość trzymany na uwięzi grozą tych oczu matki — wkroczył do chaty, zwycięzki...