— Zapytujcie, o co chcecie, panie, a będziecie zadowoleni, lecz błagam, nie bądźcie na drugi raz tak gwałtowni.

— Do czego zmierzasz, Sancho? — zapytał Don Kichot.

— Mówię to — odrzecze Sancho — ponieważ dwa uderzenia dzidy otrzymałem w kłótni, którą mieliśmy z galernikami, a nie za to, ażebym mówił co przeciw pani Dulcynei, którą czczę jakby relikwie, chociaż tego nie warta, lecz dlatego, że należy do pana.

— Sancho — rzecze Don Kichot — raz na zawsze porzućmy takie rozmowy, krótko mówiąc, one mnie martwią, przebaczyłem ci tyle razy, a wiesz, co powiadają: „za nowy grzech, nowa pokuta”.

Gdy tak mówili, spostrzegli na drodze człowieka, jadącego na ośle, którego wzięli za Cygana. Sancho, który, od chwili utraty osła nie mógł patrzeć na te zwierzęta bez żywego bicia serca, zaledwie zobaczył tego człowieka, poznał w nim natychmiast Ginesa z Pasamonte.

Gines, przebrawszy się za Cygana, znał bowiem dobrze ten język, chciał tym sposobem ukryć kradzież i ułatwić sobie sprzedaż osła, którego przebrał także, lecz Sancho, poznawszy równie dobrze osła, jak jeźdźca, krzyknął z całego gardła:

— Ha, zbójco Ginesilli, powróć mi moje dobro, mój spokój i życie moje, oddaj mi mego osła, moją radość, moją pociechę; uciekaj, zbóju, zmykaj, psi synu, a puść mego osiołka.

Nie potrzeba było tak długiej przemowy, bo Gines, usłyszawszy Sanchę, skoczył na ziemię i szybkim kłusem, bardzo zbliżonym do galopu, uciekał przed nieprzyjaciółmi, którzy ani myśleli go ścigać. Sancho zbliżył się do swego osiołka i uścisnąwszy go czule:

— A cóż — rzecze do niego — jak się miewasz, moje dziecko, burku mój kochany, drogi towarzyszu, wieczny mój przyjacielu? — i to mówiąc, całował i pieścił osła, jakby jaką najdroższą osobę w świecie.

Osioł na to wszystko nie wiedział, co odpowiedzieć, pozwolił się pieścić i całować, nie przemówiwszy ani pół słowa.