— Jak to — zawoła Don Kichot — nie zapłacił ci natychmiast?
— Nie tylko, że nie zapłacił — odpowiedział chłopiec — lecz zbił mnie jeszcze potem na kwaśne jabłko, żartował sobie z pana, a ja musiałem dotąd w szpitalu leżeć, tak mocno byłem pobity; prawdę mówiąc, to wszystko wam winienem, panie rycerzu, bo gdybyście przejechali las, nie wtrącając nosa do cudzej sprawy, mój pan, dałby mi był jakie dwadzieścia kijów i należność zapłacił pewno, lecz rozgniewany na was, pomścił się za to na mojej skórze.
— Szkoda tylko — rzecze Don Kichot — że za wcześnie odjechałem, ale czy przypominasz sobie, Andrzeju, jak zagroziłem chłopu, że jeśli nie wykona moich rozkazów, potrafię go ukarać, chociażby się ukrył we wnętrznościach ziemi?
— To prawda, panie rycerzu, pamiętam dobrze, że taka była wola wasza.
— Zobaczysz to zaraz — rzecze Don Kichot i mówiąc to, powstał szybko i rozkazał Sanchy okiełznać Rosynanta.
Księżniczka spytała, co czynić zamierza.
— Pojechać natychmiast, ukarać niegodziwego chłopa i kazać zapłacić wszystko, co winien biednemu chłopcu — odpowiedział Don Kichot.
— Lecz, panie rycerzu — rzecze Dorota — zapewniam, że podług obietnicy twojej, nie możesz przedsiębrać nic, dopóki mnie na tron nie przywrócisz.
— Słuszność przemawia twymi usty pani, Andrzej musi zaczekać na mój powrót; lecz przysięgam na nowo, że nie spocznę, dopóki nie pomszczę krzywdy jego.
— Ufam waszej przysiędze — rzecze Andrzej — ale wolałbym kilka sztuk srebra na podróż do Sewilli, niż wszystkie zemsty w świecie. Panie rycerzu — rzecze dalej — każcie mi dać co przegryźć i kilka groszy na drogę i niech was Bóg ma w swojej opiece i wszystkich błędnych rycerzy.