— Broń Boże — odrzekła Leonella — poszukiwałby swojej krzywdy na Lotariuszu, a dobra żona nie powinna wystawiać na niebezpieczeństwo męża, którego kocha.

— Prawda — rzecze Kamilla — ależ moja dobra przyjaciółko, cóż mu powiem, gdy zobaczy ranę?

— Wybacz pani, nie umiałabym nawet skłamać żartem — odrzekła Leonella.

— Nie! i ja nie odważę się na kłamstwo; sądzę, że najlepiej będzie wyznać wszystko, jak było w istocie — odpowiedziała Kamilla.

Powiernica prosiła panią, ażeby się więcej nie zajmowała tą myślą, że bierze wszystko na siebie, że tłumaczenie będzie zbyteczne, jeżeli się rana zabliźni, nim Anzelm przyjedzie.

— Staraj się tylko pani unikać silnych wzruszeń — mówiła — a zdrowie prędzej powróci; jeżeli Anzelm przybędzie pierwej, nie skłamiesz, mówiąc, że jesteś cierpiąca i potrzebujesz spoczynku.

Gdy obłudnice naigrawały się w ten sposób z łatwowierności Anzelma, on, biedak, nie straciwszy ani jednego słowa z ich rozmowy, miał prawo uważać się za najszczęśliwszego z ludzi i oczekiwał z upragnieniem zmroku, aby podzielić radość z przyjacielem, któremu szczęście zawdzięczał. Kamilla i Leonella dały zręcznie Anzelmowi tę upragnioną wolność. Anzelm udał się niezwłocznie do Lotariusza, który, wyznać trzeba, spodziewał się jego odwiedzin; rzucił się w objęcia przyjaciela, gubił się w podziękowaniach dla niego i pochwałach dla Kamilli, o której mówił z uniesieniem. Lotariusz, pomieszany, nie znalazł odpowiedzi, ani śmiałości do podzielania szczęścia. Anzelm, spostrzegłszy oziębłość przyjaciela, sądził, że rana i cierpienia Kamilli, których Lotariusz był sprawcą, sprowadziły chmury na jego czoło; zaczął go więc pocieszać, wnosząc, że rana musi być nieznacząca, skoro Kamilla ma nadzieję ją ukryć. Na koniec powiedział mu, że nie martwić, ale cieszyć się powinien, iż wpłynął tak stanowczo na związek jego z najpiękniejszą osobą we Florencji i na ustalenie ich szczęścia; że chodziło tylko o zrobienie wierszy dla uwiecznienia cnót Kamilli; Lotariusz uznał słuszność tego żądania i obiecał nimi się zająć. Otóż to tak wyszedł Anzelm na próbie żony, tak dobrze przez siebie obmyślanej; oddał się w ręce człowiekowi, który go znieważył, i domagał się dla niego więcej względności u Kamilli. Korzystali jeszcze z tak dobrze ukartowanej matni, dopóki los, odgrywając swoją rolę, nie odkrył ich światu, dopóki nierozważna ciekawość Anzelma, odebrawszy mu honor, nie odebrała później i życia.

Rozdział VIII

W którym się kończy historia ciekawego nierozważnego.

Powieść była bliska końca, gdy Sancho zalękniony przybiegł ze strychu, gdzie się znajdował Don Kichot, krzycząc przeraźliwie: