Pewien znakomity i bogaty Maur miał dom, którego maleńkie, według miejscowego zwyczaju, okienka, zasłonięte gęstą żaluzją, wychodziły na podwórze naszego więzienia. Jednego dnia, gdym się na tarasie zabawiał z trzema towarzyszami, rzuciwszy okiem przypadkowo, ujrzałem w oknie chustkę, przywiązaną na trzcinie. Na poruszenie trzciny, zdającej się nas przywoływać, jeden z towarzyszów pobiegł ją wziąć.

Ale laska cofnęła się, naśladując ruch głowy, dającej znak przeczenia; toż samo spotkało dwóch drugich. Wtedy i ja spróbowałem szczęścia. Gdy stanąłem pod oknem, chustka upadła do nóg moich. Podniosłem ją skwapliwie; zawierała kilka sztuk drobnej monety, wartej około dziesięciu naszych realów.

Pojmujecie zapewne radość za ten dar wpośród najdotkliwszej nędzy, mnie wyłącznie przeznaczony. Powróciłem na taras i ujrzałem w tym samym oknie rękę śnieżnej białości, należącą niezawodnie do kobiety. Podziękowaliśmy jej wszyscy głębokim ukłonem na sposób turecki, schylając się z rękami na piersiach skrzyżowanymi.

Niezadługo ujrzeliśmy w tym samym miejscu mały krzyż z trzciny, który wnet cofnięto; nie wątpiliśmy przeto, że dobroczynna niewiasta była niewolnicą chrześcijańską; białość jej ramienia i bogactwo bransolety, zdobiącej rękę, nasuwało wniosek, że to mogła być chrześcijanka, która przeszła na wiarę muzułmańską. Maurowie bowiem najwięcej ubiegają się za takimi kobietami i dają im pierwszeństwo nad krajowymi; domniemania jednak nasze nie były prawdziwe, jak się to później okaże.

Od tej chwili rozmawialiśmy codziennie o dobroczynnej osobie, mając zawsze oczy wlepione w okno, z którego spadła niespodziewana pomoc. Przez piętnaście dni okno się nie otwierało, a pomimo naszych badań, nie dowiedzieliśmy się nic więcej nad to, że dom należał do Agimorata, znakomitego Maura, który piastował urząd wysoki gubernatora la Plata.

Lecz gdyśmy się tego najmniej spodziewali, bawiąc się na tarasie we czterech, raptem pokazała się chustka na trzcinie. Moi towarzysze doznali zawodu, jak pierwszym razem; chustka mnie się dostała. Teraz obejmowała czterdzieści dukatów hiszpańskich i list pisany po arabsku, ze znakiem krzyża u dołu pisma.

Wróciliśmy na taras złożyć podziękowania, dałem znak głową, że przeczytam, wtedy ręka znikła i zamknięto z pośpiechem okno.

To niezwykłe szczęście wśród przykrego położenia barbarzyńskiego kraju nabawiło nas wielkiej radości i większych jeszcze nadziei; lecz gdy żaden z nas nie umiał po arabsku, nie wiedzieliśmy, do kogo się udać o przeczytanie listu, bośmy się bali wystawić na niebezpieczeństwo i nas samych i dobroczynnej damy.

Ciekawość jednak przemogła. Zwierzyłem się pewnemu renegatowi z Murcji, który okazywał mi wiele przyjaźni, prosiłem go o przeczytanie listu, który miał mnie objaśnić prawdopodobnie, dlaczego nieznajoma mnie wybrała z pośród towarzyszów, przedsięwziąłem wszystkie środki ostrożności, aby go zobowiązać do tajemnicy. Udzieliłem mu świadectwo piśmienne, że był dobrym człowiekiem, niósł pomoc chrześcijanom i miał zamiar ucieczki przy pierwszej sposobności. Jest to zapewnienie, którego znów żąda renegat, gdy wspomaga ucieczkę chrześcijanina. Niektórzy używają tego na dobre; inni robią to przez zręczność i przezorność, bo gdy staną się korsarzami, jeżeli wpadną wypadkiem w ręce chrześcijan, zasłaniają się takim świadectwem, które daje przekonanie, że wypadało im złączyć się z Turkami, aby zyskać łatwość dostania się między niewolników chrześcijan; tym sposobem unikają niewątpliwej śmierci, przyrzekając przejść na łono kościoła. Dalecy od spełnienia tej obietnicy, żyją spokojnie bez prześladowania, a przy wydarzonej sposobności wracają do Berberii. Renegat, do którego zwróciłem się z prośbą, dostał od nas wszystkich takie świadectwa. Gdyby był przez Maurów złapanym, co najmniej spalono by go żywcem. Ponieważ posiadał język arabski, prosiłem go, aby przeczytał szpargał, przypadkiem znaleziony w kącie izby. Przejrzał go razy kilka i powiedział, że jeżeli mu dostarczę papieru i atramentu, przepiszę go dosłownie w tłumaczeniu, a teraz ustnie, rzekł, daję ci dokładny przekład listu. Uprzedzam cię tylko, że Lella Marian znaczy Najświętsza Panna, zaś Allah — Bóg. Treść listu, którego w życiu nie zapomnę, była następująca:

„Gdy byłam jeszcze dziecięciem w domu rodziców, niewolnica nauczyła mnie chrześcijańskiej modlitwy w moim języku i mówiła o Lella Marian.