Pożegnałem się z Agą Muratem i z Zoraidą, która widocznie okazywała, jak ciężko jej ze mną się rozstawać; przebiegłem ogród we wszystkich kierunkach, splądrowałem wszystkie zakąty i wyjścia, słowem, wszystko przejrzałem, co tylko do spełnienia zamiaru mogło być potrzebne, i pobiegłem co żywo uwiadomić o tym towarzyszów moich i renegata.
Wyznać muszę, że pożerała mnie niecierpliwość straszliwa, ażeby jak najprędzej posiadać spokojnie i całkowicie serce pięknej Zoraidy, ale i to prawda, że czuła jej przyjaźń tak głęboką wdzięcznością duszę mą przejęła, iż wolność moją ceniłem tylko o tyle, o ile ją na usługi jej ofiarować mogłem, i że wolałbym całe życie pozostać w niewoli, niż rozstać się z nią swobodny.
Nadszedł nareszcie dzień pożądany i plan nasz jak najpiękniej się powiódł. Renegat nad wieczorem przybił pod ogrodem Agi Murata, a Hiszpanie najęci, poukrywani w rozmaitych zakątkach naokoło, czekali niecierpliwie przybycia mojego, wyglądając chciwie rozkazu, ażeby się rzucić na okręt, który widzieli przed sobą, bo nieświadomi naszych zamiarów, ani się domyślając, że renegat z nami trzyma, sądzili, że rzecz idzie o to, aby napaść na Maurów, podusić ich, zabrać czółno i uciec. Po chwili przybyłem i ja z towarzyszami, a oni, jak tylko nas zobaczyli, przybiegli.
Na szczęście, bramy miasta już pozamykano i żywej duszy nie było widać naokoło.
Kiedyśmy się wszyscy zebrali, zaczęliśmy radzić, jak będzie lepiej, czy pierwej porwać Zoraidę, czy też zabezpieczyć się względem Maurów na łodzi? Wśród tej narady przybiega do nas renegat i woła, że czas już jąć się dzieła, że Maurowie śpią prawie wszyscy w łodzi bezbronni i że o nich wprzód niż o Zoraidzie pomyśleć trzeba. Poprowadził nas zaraz, a z dobytym mieczem wskoczywszy do czółna, zawołał:
— Komu życie miłe, niech mi się ani ruszyć nie waży!
Maurowie, ludzie serca zajęczego, słysząc taką mowę swego pana, ani pomyśleli kwapić się do broni, której zresztą mało co mieli pod ręką. Pokuto ich bez trudu w łańcuchy, zapowiedziawszy śmierć niechybną każdemu, co by krzyknąć się ważył.
Zostawiliśmy kilku naszych do pilnowania ich, a sami z renegatem na czele pobiegliśmy do ogrodu Agi Murata. Otworzyliśmy furtkę i podeszliśmy cichutko do domu, przez nikogo niedostrzeżeni.
Zoraida czekała na nas w oknie i spostrzegłszy nadchodzących, zapytała czy jesteśmy chrześcijanie, odpowiedziałem, że tak jest i prosiłem, ażeby zeszła. Poznawszy głos mój, uczyniła to natychmiast i ukazała nam się tak piękna i wspaniale przybrana, że nie wiem, do czego by ją przyrównać, chyba do bogini. Pochwyciłem ją za rękę i serdecznie ucałowałem, renegat uczynił to samo, a za nim towarzysze nasi i wszyscy obecni poszli za danym przykładem, sądząc, iż dziękujemy jej za wolność, którą nas udarowała. Renegat zapytał jej, czy ojciec jest tu w ogrodzie.
— Trzeba go zbudzić — rzekł — i zabrać z sobą, a nadto uwieźć wszystko, co się da najkosztowniejszego.