— Nie, nie — rzekła Zoraida — ojca mego ani tknąć żadną miarą nie pozwolę. Sama zabiorę, co tylko jest najlepszego w domu, a tego będzie aż nadto, ażeby was wszystkich wzbogacić.

Weszła na powrót do mieszkania, zalecając milczenie i zapewniając, że wróci natychmiast. Zaledwie miałem czas uprosić renegata, ażeby nic nie czynił przeciw woli Zoraidy, gdyśmy ujrzeli ją wracającą ze skrzynią pełną złota, tak ciężką, iż dźwignąć jej prawie nie mogła.

Aga Murat tymczasem zbudził się ze snu, a słysząc hałas w ogrodzie, poskoczył do okna i poznawszy nas chrześcijan z całej siły krzyczeć zaczął:

— Złodzieje! rozbójnicy, chrześcijanie! ratunku!

Krzyk ten zmieszał nas i niemal całkiem odwagę nam odebrał. Ale renegat, sztuka dzielna, widząc, co się święci i że chcąc ujść niebezpieczeństwa, trzeba koniecznie dzieła dokonać nim kto na pomoc zdąży, rzucił się piorunem na czele kilku towarzyszy do komnaty Agi Murata, a ja zostałem sam z zemdloną w ramionach moich Zoraidą. Uwinęli się tak żwawo, że w mgnieniu oka wrócili, prowadząc Maura związanego i z ustami chustką zatkanymi. Zoraida, widząc to, zasłoniła oczy rękoma, on zaś widząc ją zdumiał, że się w ręku naszym znajduje, bo nic jeszcze nie wiedział, że sama się nam oddała. Tak skrępowanego poprowadziliśmy do czółna, gdzie oczekiwali nasi ludzie przejęci strachem, czy nas co złego nie zaskoczyło.

Była godzina blisko druga po północy, gdyśmy weszli na czółno, gdzie Agę Murata z pęt i chustki oswobodzono. Renegat zagroził mu śmiercią, jeżeli usta otworzy. Poczciwy starzec, patrząc na córkę, wzdychał głęboko; ale nie mógł wyjść ze zdumienia, gdy zobaczył, że ją czule przyciskam do serca, a ona mi najmniejszego nie stawia oporu.

Nieopisana złość nim miotała, chciał jej czynić wyrzuty, ale pomny na groźby renegata, musiał milczeć biedny. Zoraida spostrzegłszy, że odbijamy od brzegu, prosiła renegata, ażeby mi powiedział, że największą łaskę jej wyświadczę, jeżeli wrócę wolność ojcu jej i Maurom pokutym w łańcuchy, i że woli raczej rzucić się w morze, niż dozwolić, ażeby więziono jej ojca, co ją kocha tak serdecznie i którego ona miłuje całą duszą. Ja zgadzałem się bez namysłu na wszystkie żądania, ale renegat wystawiał mi, że niepodobna uwalniać ludzi, którzy natychmiast po wypuszczeniu przyzwaliby pomoc i wysłaliby w pogoń za nami kilka lekkich fregat z miasta, a te niechybnie by nas dościgły. Zgodziliśmy się przeto wszyscy i Zoraida z nami, gdym jej wystawił te następstwa, że Maurów uwolnić nie można, aż dopiero za przybyciem do krajów chrześcijańskich. Tak tedy, poleciwszy się Bogu, płynęliśmy wesoło przy pomocy dzielnych naszych wioślarzy, sterując ku wyspie Majorce, najbliższej chrześcijan osadzie. Ale los nam nie sprzyjał: zerwał się gwałtowny wiatr północny, morze się wzburzyło i nie byliśmy w stanie utrzymać kierunku naszego; musieliśmy radzi nie radzi trzymać się tuż przy wybrzeżach Oranu, wśród najdolegliwszej obawy, ażeby nas kto nie dojrzał z miasta Sargiel, o sześćdziesiąt mil z tej strony od Algieru oddalonego, lub żeby nie spotkać się z jaką galiotą ładowną z Tetuanu wracającą; chociaż prawdę powiedziawszy, każdy z nas prawie w głębi serca wzdychał, tak dla własnego, jak i ogólnego dobra, żeby się dało zdybać jaki okręt kupiecki, byle tylko nie korsarski, który by można przy sile naszej opanować i bezpieczniej na nim żeglugi dokonać. Przez cały ten czas Zoraida, wsparta na moim ramieniu, tuliła głowę do rąk moich, żeby ojca nie widzieć i słyszałem, jak gorąco modliła się do Lelli Maryi o skuteczną dla nas pomoc.

Ujechaliśmy ze trzydzieści mil prawie, kiedy świtać zaczęło i mogliśmy się przekonać, że oddaleni jesteśmy o trzy strzały od brzegu, ale nikt nas dotąd nie spostrzegł. Widząc, że burza się nieco uspokoiła, puściliśmy się na szerokie morze, a odpłynąwszy ze dwie mile od lądu, kazaliśmy Hiszpanom zwolnić ruch wioseł, żeby się można posilić. Odpowiedzieli, że nie można w tej chwili ustawać i że jeść mogą wiosłując. Jakoż w istocie zerwał się wiatr silny, założyliśmy żagle i skierowali się ku Oranowi, robiąc osiem mil na godzinę, a niczego się już nie obawiając, tylko żeby nie spotkać korsarzy. Dano jeść Maurom, których renegat pocieszał, zapewniając ich, że wkrótce będą wolni. Zaręczał to samo i ojcu Zoraidy, ale ten odpowiedział:

— Chrześcijanie, nie mnie to gadajcie, wiem ja, że wolności od was spodziewać się nie mogę; nie myślcie, ażebym był tyle prostoduszny i uwierzył wam, iż naraziwszy się na tyle niebezpieczeństw, ażeby mnie uwięzić, zechcecie mnie tak łatwo i prędko wolnością udarować. Wiecie, jaki jestem bogaty, jak drogo okupić się mogę; jeżeli wam zatem idzie o cenę, chętnie ofiaruję wam zaraz co tylko chcecie za siebie i biedną córkę moją, albo za nią samą, bo droższa mi jest nad życie.

Poczciwy starzec, mówiąc to, zalał się łzami i tak rzewnie utyskiwał, że wszystkim nam serca poruszył. Zoraida, widząc rozpacz ojca, rzuciła mu się na szyję i oboje tak żałośnie płakali, że i myśmy prawie wszyscy łzami się zaleli. Aga Murat, ukoiwszy się nieco, spostrzegł, że Zoraida tak bogato jest ubrana i tylu klejnotami obsypana, jak gdyby na jakie święto się wystroiła.