Audytor porzucał brata, a zwracał się do Zoraidy, całował ją w uniesieniu, oddawał jej cały majątek, prowadził do córki i jej całować ją kazał. To znów piękna dziewica chrześcijańska i nadobna Mauretanka nie mogły się wyrwać z objęć wzajemnych i widokiem nieopisanego rozrzewnienia łzy znów całemu towarzystwu wyciskały. Don Kichot ze swej strony patrzył na wszystko uważnie, ani słowa nie wyrzekł i wszystkie te wypadki przypisywał chimerom błędnej rycerskości swojej.
Dwaj bracia, wyściskawszy się i wycałowawszy do woli, przepraszali towarzystwo, które znów ze współczuciem swoim się oświadczało.
Po skończonych grzecznościach stron obu, audytor z kapitanem uradzili, że pierwszy odprowadzi ostatniego do Sewilli, a tymczasem dadzą znać ojcu o jego powrocie, ażeby jak najprędzej zjechał na chrzest i ślub Zoraidy, audytor bowiem musiał się spieszyć, żeby się zabrać z flotą, wyjeżdżającą do Indii.
Wszyscy podzielali niewysłowioną radość kapitana ze szczęśliwego spotkania brata i słów im nie stawało, żeby mu to wypowiedzieć; ale że już było późno, rozeszli się nareszcie wszyscy, chcąc użyć spoczynku przez resztę nocy. Don Kichot ofiarował się, że będzie strzegł zamku, żeby go nie napadł jaki olbrzym lub inny tego kalibru rozbójnik, wiedziony żądzą posiadania wielkiego skarbu piękności, które się tam znajdowały. Znajomi dziękowali mu za to bardzo i opowiedzieli audytorowi, kto jest Kawaler Posępnego Oblicza, z czego wielce był uradowany i wypalił piękny komplement Don Kichotowi za siebie i za córkę. Jeden tylko Sancho wśród powszechnej radości rozpaczał, że panowie tak długo spać się nie kładą; gdy nareszcie dostał pozwolenie od pana na spanie, legł sobie wygodnie i lepiej od innych na kulbace osła swojego, co też drogo przypłacił niezadługo, jak to wnet zobaczymy.
Damy poszły do siebie, mężczyźni rozkwaterowali się gdzie i jak kto mógł, a Don Kichot wyszedł z gospody na stróżowanie koło zamku, jak to przyobiecał.
Głęboka cisza panowała wokoło, kiedy nad samym rankiem damy zbudzone zostały prześlicznym śpiewem, wszystkie przysłuchiwały się w uniesieniu, ale szczególniej Dorota, która już czas jakiś nie spała, kiedy Klara Viedma, córka audytora, w jednym z nią łóżku leżąca, spała jak najęta za dwie. Śliczny głos odzywał się raz z podwórza, to znów z innej strony. Panie były bardzo ciekawe, kto to mógł tak śpiewać i kiedy koniecznie dowiedzieć się chciały, Kardenio zapukał we drzwi do nich i zawołał:
— Panie! jeżeli nie śpicie, posłuchajcie cudnego śpiewu młodego mulnika.
— O, słuchamy go dawno — odpowiedziała Dorota — i unosimy się nad jego głosem.
Chłopak, co skończył piosnkę, to nową zawodził; Dorota nadstawiła pilnie ucha i podchwyciła śpiewkę:
Jestem miłości żeglarzem