Bo miłości upory,
Zwyciężyć mogą nawet niepodobne trudy,
Więc i ja doczekam pory,
W której zwalczywszy szczęścia zwodnicze ułudy,
Z ziemskiego cierpień kraju
Na szczyt czystych rozkoszy wedrę się do raju.
Śpiewak nareszcie ucichł, a Klara znów żale rozwodzić zaczęła; Dorota, ciekawa do najwyższego stopnia, przypomniała jej, że przyrzekła opowiedzieć historię śpiewaka. Przycisnąwszy się bliziuchno do Doroty i ustami ucha jej dotykając, żeby Luscinda, w drugim łóżku leżąca, nic nie słyszała, Klara zaczęła opowiadanie:
Śpiewak ten jest synem magnata aragońskiego, który mieszka w Madrycie naprzeciw domu mojego ojca, nie wiem, gdzie młodzian ten, będąc jeszcze studentem, mógł mnie zobaczyć, czy to w kościele, czy na przechadzce, czy gdzie indziej, bo u nas okna zawsze były zamknięte111 i żaluzjami zasłonięte, koniec końców zakochał się we mnie i dał mi to poznać i zrozumieć, jak mógł, przez okno, z którego tak czułymi gestami do mnie przemawiał i tyle łez wylewał, że aż mnie litość brała. Przywykłam do niego, uwierzyłam mu i zaczęłam go nawet kochać, sama nie wiedząc, czego ode mnie żąda. Najczęściej, mówiąc do mnie na migi, kładł rękę na ręce, dając mi do zrozumienia, że chce się ze mną ożenić. Ja także bardzo bym tego chciała, ale nie mając matki, sama jedna, nie wiedziałam, jak sobie w tym wszystkim począć; zostawiłam więc rzecz, jak była, sama najmniejszego kroku nie robiąc. Czasami tylko, jak ojca nie było w domu, podnosiłam trochę firanki i żaluzje i pokazywałam mu się cała, a on tak był z tego uradowany, iż zdawało się, że zwariuje.
Nadszedł nareszcie rozkaz wyjazdu ojca mego; dowiedział się o tym, ale nie ode mnie, bo ja nigdy z nim mówić nie mogłam. Tak się widać zmartwił, że mocno zachorował i w dzień odjazdu nie mogłam go widzieć, ani pożegnać oczyma.
Drugiego dnia podróży, kiedyśmy wjeżdżali do gospody w pobliskiej stąd wiosce, spostrzegłam go przed bramą, przebranego za mulnika i tak dziwnie odmienionego, że nigdy bym go nie poznała, gdyby mi nie stał ciągle na myśli. Zdziwiłam się niezmiernie, widząc go, ale razem i ucieszyłam. On zawsze patrzy we mnie jak w tęczę, przed ojcem tylko się kryje i udaje przy nim, że mnie wcale nie zna. Przyznam się pani, że wiedząc teraz, że za mną tak goni i że z miłości piechotą drogę odbywa i tyle cierpień ponosi, ja ledwo nie skonam ze zmartwienia i gdzie on tylko się obróci, ścigam za nim oczyma. Nie wiem, co on ma w tym, żeby tak za mną gonić, i nie pojmuję, jak mógł wyrwać się od ojca, który go szalenie kocha, bo jest jego jedynym dzieckiem, a do tego niezmiernie miły, co sama, widząc go, osądzić będziesz mogła. Wreszcie wszystko to, co śpiewa, jest jego własnym utworem, o! bo on ma wiele dowcipu i słyszałam nawet, że układa wiersze. Ale pani, muszę ci powiedzieć, że ilekroć go widzę lub słyszę śpiewającego, zawsze jestem w okropnym kłopocie, żeby ojciec go nie poznał i nie wpadł na jakieś podejrzenie. Nigdy z tym biednym młodzieńcem nie mówiłam i dwóch słów, przyznam się wszakże, że zdaje mi się, iż nie mogłabym żyć bez niego. Otóż, kochana pani, wszystko, co ci mogę o tym śpiewaku powiedzieć, którego głos tak cię zachwycił; widzisz więc, że to nie jest mulnik, ale, jakem ci już powiedziała, syn magnata hiszpańskiego.