— Tak, mospanie koniuszy — rzecze służebny du Bois’a — przyznam się wam szczerze, że postanowiłem już na dobre rzucić do licha to głupie rycerstwo, wrócić do domu i wychowywać dzieci, żyjąc sobie spokojnie; z łaski Boskiej mam ich troje.

— A ja mam ich dwoje, ale by ich można i papieżowi sprezentować, a szczególniej dziewuchę, którą chowam na hrabinę, jeżeli Bóg da, choć matka się temu sprzeciwi, ale niechaj sobie gada i robi, co chce, ja tam o to nie dbam.

— A ileż ma lat ta dziewucha, co ją chcecie wykierować na hrabinę? — zapyta koniuszy du Bois’a.

— Idzie jej jakoś na szesnasty — odpowie Sancho — a jędrne to, panie, jak rzepa, a silne, jak tarant!

— Tam do biesa! piękne to przymioty, nie lada dziewczyna, a to nie tylko na hrabinę wyjść może, ale i na zalotnicę pierwszego kalibru. O niecnota dziewka, widzę, jak to w świat pójdzie.

— Co waszmość gadasz — na wpół gniewnie odburknie Sancho — moja córka nie jest niecnota, ani matka taką nie była, ani żadnej takiej w rodzie moim nie będzie, póki mnie stać na świecie! A waszeć zażywaj języka ostrożniej, na rycerskim chlebie wychowanyś, a gadasz grubiańsko, jakbyś nie wiedział, co to grzeczność!

— Oho! — odpowie koniuszy — kiedy bo waszeć nie rozumiesz się na słowach; cóż to niecnota? albo to co złego? przecież to pochwała! Nie słyszałeś to waszmość na igrzyskach z bykami, kiedy rycerz tęgo się spisze, jak lud, bijąc oklaski: „a niecnota, łebski, jaki chwat!” widzisz więc waszeć, że to nie obraża, tylko się tak mówi, chcąc kogo pochwalić, a przecież twoje dzieci muszą na pochwałę zasługiwać.

— To się rozumie — odpowie Sancho — to też je kocham z całej duszy i tęskno mi tak do nich, że co dzień się modlę do Boga, ażeby mnie już wyrwał z tej mojej biedy, w którą się powtórnie wciągnąć dałem, w nadziei, że znajdę znów worek ze stu talarami, jak mi się to pierwszym razem w Sierra Morena przytrafiło. Od owego czasu niech je najsiarczystsze! diabeł mi ciągle miga przed oczami workiem dukatów pełnym; oto i teraz, kiedy do was gadam, zdaje mi się, że go widzę przed sobą, że się rzucam na niego, trzymam już w garści i niosę do domu, dobra sobie kupuję i żyję jak pan. A jak mi tylko ta mara w głowie zaświeci, już za nic sobie nie liczę tych znojów i mozołów, co człek cierpi w służbie u takiego pana, któremu, Boże odpuść, zajączki po głowie śmigają, chociaż ja udaję, jakbym tego nie widział.

— A tak, to zawsze bywa — rzecze drugi koniuszy — i stąd to między ludźmi gadka, że chciwy dwa razy traci. Ale jeśli mowa o panach, to myślę, że już głupszego na świecie nie ma, jak mój; należy on do tych ludzi, o których przysłowie mówi, że dla cudzego kłopotu osioł pozbył się żywotu; bo tego szuka, czego nie zgubił, wiatry goni po świecie, licho wie za co i po co; na śmierć się naraża, a nic mu z tego nie przyjdzie.

— Musi on być zakochany — rzecze Sancho.