— A jużciż zakochany — odpowie koniuszy — w jakiejś Kasyldzie z Wandalii, srogiej okrutnicy, że kanalii nic w świecie nie jest w stanie ugłaskać. Ale teraz nie to jemu w głowie, ma jakieś inne zamysły, z którymi sam się niezadługo wyjawi.
— Nie ma tak równej na świecie drogi, żeby się na niej nie potknąć, ale kiedy innym z dachu kapie, u nas zawsze jak z rynny leje, nigdy się człek nie dosuszy! Tak to, panie koniuszy, bieda na świecie i koniec; biednemu z biednym zawsze najraźniej, toteż i mnie w tym ulga, że waszeć służysz takiemuż głupiemu panu, jak i mój.
— Głupi, to prawda — rzecze koniuszy du Bois’a — ale waleczny, a zły jeszcze bardziej, niż waleczny i głupi.
— A u mojego ani odrobiny złości — rzecze Sancho — przeciwnie, żółci w nim tyle, co u gołębia, nikomu za skórę nie zalezie, a taki dobry, że lada dziecko go przekona, iż noc, kiedy dzień. Dlatego też go kocham jak źrenicę oka i mimo wszystkich szaleństw, nie byłbym w stanie go porzucić.
— Dobrze to, dobrze — rzecze koniuszy du Bois — ale z tym wszystkim , kiedy ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną. Ja myślę, żeby nam obu zawrócić do domu, bo to te przygody, za którymi nasi panowie gonią, nie zawsze wychodzą na dobre.
Tu się urwała rozmowa, a koniuszy du Bois, spostrzegłszy, że Sancho często spluwał i kaszlał z ciężkością, rzekł:
— Zdaje mi się, mospanie, żeśmy tym długim gadaniem język sobie i gardło osuszyli i że nieźle byłoby odwilżyć je trochę. Mam ja w olstrach na takie suchoty niezgorsze lekarstwo; zaczekajcie no chwilę. Poszedł i wrócił zaraz, niosąc w ręku butlę skórzaną pełną wina i pasztet tak ogromny, że Sancho myślał, iż musi być z sarny, chociaż był z zająca.
— A skądże to waszeć masz takie prowizje? — zagadnie Sancho, biorąc mu pasztet z ręki.
— A cóż to wasze myślisz — odpowie drugi — że ja o chlebie i wodzie koniuszuję; jak tylko w drogę wyjeżdżam, zawsze biorę na konia taki tłumoczek. Usiedli na ziemi, a Sancho, nie dając się prosić, zawijał, jak najęty, mało kąsając, a często łykając.
— Mój panie — zawołał — widząc takie u ciebie prowizje, dalipan powiedziałby kto, że chyba z czarownikami masz konszachty. Jak mi Bóg miły, pyszny z ciebie koniuszy, jak żyję, takiego nie widziałem, wart jesteś służyć u króla; to nie tak, jak ja biedota, co całej obrady mam w worku kawalątko sera, jak kamień twardego, parę główek czosnku i z kopę orzechów, a to wszystko, Boże odpuść, z łaski mojego pana, co taki skąpy i taki wariat, iż zawsze powtarza, iż błędni rycerze powinni się tylko owocami i ziołami żywić.