— Zdaje mi się, że jeszcze tysiąc mil od równika jesteśmy.
To mówiąc, strząsnął palcami nad wodą.
Tymczasem łódka, pędzona wiatrem, zbliżała się ku wodnym młynom, które stojąc przy samym brzegu, w silnym były ruchu.
— Otóż jest nareszcie i zamek, z którego mam wyzwolić uwięzionych! — zawoła Don Kichot z zapałem.
— Ależ panie, to są młyny! — odpowie strwożony Sancho.
— Mówię ci, że to jest zamek, któremu moc czarnoksięska kształt młyna nadała.
Nasi awanturnicy, rozmawiając w ten sposób, nie uważali, jak wielkie groziło im niebezpieczeństwo, bo łódka, szybszym już wirem wody pędzona, prosto pod koło młyńskie wpaść mogła.
Spostrzegli to stojący nad brzegiem rybacy i młynarze i krzykiem ostrzegli płynących.
Don Kichot, spokojnie na nich poglądając i dobywszy miecza, rzecze:
— Nędzny motłochu! widma zaklęte, wyzwólcie jęczących w podziemiach tego zamku księżniczkę i rycerza, albo będziecie mieć do czynienia z Don Kichotem z Manchy, inaczej Rycerzem Lwa zwanym.