Don Kichot potrzebował zebrać całą odwagę, aby nie upaść na duchu, Sancho padł, skulił się wpół zemdlony u nóg księżnej, a wtem nadjechał jakiś wóz dziwaczny, ciągniony przez cztery woły czarnym pokryte suknem i mające przy każdym rogu zapaloną pochodnię.

Na wierzchu wozu na tronie siedział starzec szanowny z długą i śnieżną brodą, okryty czarną suknią, twarz jego była poważna i okazała. Na koźle siedziało dwóch diabłów, ale tak strasznych i czarnych, że Sancho zamknął oczy z przerażenia; gdy wóz stanął przed księciem, podniósł się starzec i rzekłszy głośno: „Jestem mędrzec Urgand”, szybko pojechał dalej.

Nadjechał drugi wóz i starzec podobny pierwszemu rzekł surowym głosem: — „Jestem mędrzec Alguif, wielki przyjaciel Urgandy” — i przejechał znów.

Przybył następnie trzeci, lecz był to jeszcze silny człowiek, nieprzyjemnej i dzikiej twarzy. Powstał jak inni i chrapliwym zawołał głosem — „Jestem czarnoksiężnik Archalaiis, śmiertelny wróg Anbadisa z Galii i całego jego pokolenia”. — Rzekłszy to, popędził za drugimi.

Gdy wozy przejechały, nastała cisza i nagle dały się słyszeć dźwięki słodkiej muzyki.

— Gdzie muzyka, tam wesoło — rzecze Sancho pocieszony.

— I gdzie światło także — dodała księżna.

— Wcale nie — rzecze Sancho; — światło pochodzi od płomienia, płomień może zapalić las, w lesie możemy upiec się jak kartofle, przy muzyce zaś tylko spać albo tańczyć można.

— Zobaczymy wkrótce, co to być może — rzesze Don Kichot.

I my zobaczymy rozwiązanie tajemnicy w następującym rozdziale.