Sancho Pansa, gubernator”.
— Zdaje mi się — rzecze księżna, skończywszy — że pan gubernator dwie szkaradne rzeczy napisał. Raz udając, jakoby zyskał wielkorządztwo za trzy tysiące sześćset plag, co jest fałszem oczywistym, gdyż książę poprzednio mu je ofiarował. Po wtóre, widoczną jest tu chęć do zdzierstwa swoich poddanych.
— O, jeżeli księżnej pani nie podoba się ten list, można go podrzeć i napisać nowy, nie wiem tylko, czy lepszy będzie.
— Nie trzeba, ten jest doskonały i muszę go pokazać księciu.
Jakoż książę ubawił się niezmiernie listem Sanchy, po trzykroć go odczytał, po czym zaprosił całe towarzystwo do ogrodu, gdzie miano obiadować tego dnia.
Po skończonej biesiadzie, gdy wszyscy zajęci byli rozmową, gdy Sancho bawił księstwo oryginalną swoją mową, usłyszano nagle powolny dźwięk fletu z towarzyszeniem jakby źle naciągniętego bębna, co w nadzwyczaj posępną komplikowało się harmonię.
Zadziwienie przejęło obecnych. Sancho przybliżył się do opiekuńczej księżnej, a Don Kichot zamyślił się smutnie.
Wkrótce ukazali się przy wejściu do ogrodu dwaj ludzie: uderzali oni z wolna pałeczkami w bębny, obciągnięte żałobnym suknem, obok nich postępował człowiek grający na flecie, a w pewnej odległości poważnym i okazałym krokiem szedł olbrzymiego wzrostu mężczyzna, okryty długą czarną suknią, z szerokim mieczem u boku. Na twarzy miał czarną zasłonę, a biała broda spadała mu daleko na piersi.
Postępując w takt uderzeń bębna, starzec zbliżył się do księcia, przykląkł i te słowa silnym wyrzekł głosem:
— Najwyższy i najpotężniejszy książę! jestem Trifaldi Białobrody, giermek hrabiny Trifaldi, inaczej Donną Dolorydą170 zwanej. Przybywam z polecenia mej pani opowiedzieć waszym wysokościom historię nieszczęścia hrabiny i zapytać, czyli nie ma w waszym dworze najsławniejszego z rycerzy, niezwyciężonego Don Kichota z Manchy. Jego bowiem szuka pani moja i przybyła, zapewne za pomocą czarów, piechotą z królestwa Kandia do waszego państwa. Hrabina czeka u wrót zamkowych zaproszenia waszych wysokości.