Rozdział XII
Jaka się niepomyślna Don Kichotowi stała przygoda, najsmutniejsza ze wszystkich.
Żona Don Antonia nader uszczęśliwiona była z pobytu Anny Felicji w swym domu, obsypywała ją pieszczotami, na jakie się tylko zdobyć mogła, tak ją zachwyciły piękność i rozum. Bardzo wiele znakomitszych osób z miasta przychodziło ją odwiedzać, przyglądając się z uwielbieniem Mauretance.
Tego samego jeszcze wieczora, Don Kichot rzekł do Don Antonia, że sposób, który uradzono, aby uwolnić Don Gregoria nie bardzo mu się wydawał bezpieczny, bo wszystkiego się można było obawiać, a mało czego spodziewać. Sądził, że pewniej byłoby wysłać jego samego do Berberii, uzbrojonego, na koniu, i że wydostałby z pewnością Don Gregoria, mimo wszystkich Maurów z całego świata, tak jak Galiferos wybawił Malizandę, małżonkę swoją.
— Tak, panie — wtrącił Sancho — ale czy pan zastanowiłeś się nad tym, że Galiferos wybawił żonę na lądzie i zawiózł ją do Francji także lądem, ale tu zupełnie co innego. Jeślibyśmy nawet przypadkiem wydostali Don Gregoria, jakże go przywieźć do Hiszpanii, kiedy morze tak szerokie?
— Na wszystko się znajdzie sposób, oprócz śmierci — odparł Don Kichot. — Okręt będzie czekał w przystani, czy nie będziemy mogli wsiąść nań, choćby się temu cały ląd sprzeciwiał?
— Mówić o tym nie zawadzi — dodał Sancho — ale, panie, od słowa do rzeczy spory jeszcze kawał drogi, a co do mnie, ufam zupełnie renegatowi, który mi się wydaje zręcznym i poczciwym człowiekiem.
Don Antonio odpowiedział na to, że gdyby się renegatowi nie udało, to z pewnością odwołają się wszyscy do znanej waleczności wielkiego Don Kichota i poślą go do Berberii. We dwa dni potem renegat odpłynął na lekkiej łodzi, po sześć wioseł na ławkę, a wioślarze dzielni byli. We dwa znów dni potem generał, uprosiwszy wicekróla, żeby mu donosił o Annie Felicji i o Don Gregoriu, pożegnał się z tym dygnitarzem i galery popłynęły ku wschodowi.
Któregoś ranka Don Kichot, przechodząc się nad brzegiem morza, uzbrojony od stóp do głowy, bo, jak mówił, zbroja była jedynym jego ubiorem, a walka odpoczynkiem, ujrzał nagle zbliżającego się rycerza, uzbrojonego także od stóp do głowy, z tarczą, na której wyryty był promieniejący księżyc. Rycerz, przybliżywszy się doń, następujące słowa zwrócił głośno do Don Kichota:
— Znakomity rycerzu, waleczny Don Kichocie z Manchy, jestem Rycerzem Białego Księżyca, o sławnych czynach moich musiałeś słyszeć zapewne, przybywam tu wyzwać cię na ostrze, zmierzyć swe siły z twoimi, a to dlatego, żebyś przyznał, że moja dama, ktokolwiek ona jest, bez porównania jest piękniejsza od twojej Dulcynei z Toboso. Jeżeli chcesz dobrowolnie zgodzić się na tę prawdę, unikniesz niezawodnej śmierci i oszczędzisz mi trudów zadania ci jej, gdy zaś masz ochotę walczyć, wymagam jednego warunku, jeśli cię zwyciężę, to przez rok cały nie będziesz nosił zbroi, nie szukał przygód, udasz się do domu, postawisz miecz w kącie i żyć będziesz w błogim spokoju, tak potrzebnym dla twego zdrowia i fortuny. Jeśli przypadkiem się zdarzy, że ty mnie zwyciężysz, głowa moja do ciebie należy, zostawiam ci konia mego, zbroję, oręż i wieść o wielkich czynach moich zniknie przy twojej bohaterskiej sławie. Rozważ więc teraz, rycerzu, i odpowiadaj prędko, bo dzisiaj koniecznie sprawę tę załatwić musimy.