ciągną wóz o wielkich drewnianych kołach,

przebiegam chłodne ścieżki Manali z ładunkiem

haszyszu na plecach, dżip przeciążony bronią z przemytu

mozolnie wspina się na porośniętą parującą dżunglą górę

odprowadzany obojętnym spojrzeniem Malgaszów, tych czarno-

skórych Chińczyków.

w nocy budzi mnie bicie bębnów i jazgot tureckich piszczałek

w ciszy wpatruję się w sufit, jakbym miał dokądś jechać,

jakbym miał złapać hiva i umrzeć, jakbym dawniej latał cały

teraz tylko jako sadza.