Do nieba. Bo westchnienia wciąż wydając srogie,

Co chwila bił się w piersi, lub czołem w podłogę,

A kiedym ja wychodził, on biegł niestrudzony

Uprzedzić mnie, by podać mi wody święconéj.

Jego chłopiec mi wszystko szczerze opowiadał

Kim był; a gdym ubóstwo jego już wybadał,

Podawałem mu wsparcie, lecz skromny bez miary,

Chciał mi zawsze oddawać część mojej ofiary;

Odbierz połowę, mówił, to nadto wspaniale,

By taką wzbudzać litość jam niegodny wcale.