Co się tyczy krajów katolickich, nie tylko zaniedbano w nich uprawę ziemi, ale nawet i przemysł jest w nich zgubny: polega jedynie na tym, aby się poduczyć kilku słów martwego języka. Z chwilą gdy człowiek posiada ten zapas, nie potrzebuje się troszczyć o fortunę; znajdzie w klasztorze spokojne życie, które, gdyby został wśród ludzi, kosztowałoby go sporo znoju.

To nie wszystko. Derwisze mają w swych rękach prawie wszystkie bogactwa. Jest to niby związek sknerów, którzy biorą ciągle, a nie oddają nigdy; gromadzą dochody, aby powiększyć kapitał. Ta niezmierna ilość bogactw popada, można rzec, w paraliż; kończy się wszelki obieg, handel, sztuki, rękodzieła.

Nie ma władcy protestanckiego, który by nie ściągał z poddanych o wiele więcej podatków, niż papież ze swoich: mimo to, ci są biedni, gdy tamci żyją w dostatku. Handel darzy wszystko życiem u pierwszych, gdy ustrój mniszy niesie wszędzie śmierć u drugich.

Paryż, 1988 dnia księżyca Chahban, 1718.

List CXVIII. Usbek do tegoż.

Powiedzieliśmy już wszystko o Azji i Europie; przejdźmy do Afryki. Można jedynie mówić o jej wybrzeżach, bo nie znamy więtrza.

Wybrzeża Barbarii, gdzie usadowiła się religia mahometańska, nie są tak ludne, jak za czasu Rzymian, z przyczyn, o których wspominałem. Co do Gwinei, musi być straszliwie ogołocona, jako iż od dwustu lat królikowie albo kacyki sprzedają swoich poddanych władcom europejskim, aby ich wywozili do kolonii w Ameryce.

Osobliwe jest, że ta Ameryka, która chłonie corocznie tylu nowych mieszańców, sama jest wyludniona i nie ma korzyści ze strat Afryki. Niewolnicy, przeniesieni w odmienny klimat, giną tysiącami. Prace w kopalniach, ich złośliwe wyziewy, rtęć do której wciąż trzeba się uciekać, niszczą ich bez ratunku.

Nie ma nic dzikszego, niż skazywać na zagładę niezliczoną ilość ludzi po to, aby dobywać z ziemi złoto i srebro, bezużyteczne metale, będące bogactwem jedynie dlatego, że je uczyniono jego znakiem.

Paryż, ostatniego dnia księżyca Chahban, 1718.