Co do języka polskiego, kiedy się w nim dość samowładną nie czujesz, to ci poradzę kilka rzeczy, które mnie samej onego czasu najskuteczniejszymi się okazały. Francuszczyzna bardzo mi przeszkadzała; mówiłam, co prawda, czysto i poprawnie z natury, ale kiedy się do pisania zabierałam, pierwej zwykle francuską formę niż polską miałam na pogotowiu. W listach, gdzie mi tylko o jak najspieszniejsze przesłanie bieżącej myśli chodziło, albo całe ustępy, albo przynajmniej wyrażenia tu i ówdzie francuskie umieszczałam. Początkowe ustępy, choć, dzięki Bogu, nie znać tego, sama w sobie z francuskiego pomyślenia na polskie wypisanie tłumaczyłam. Upokarzało mię to bardzo; zadałam więc sobie na jakiś czas czytanie polskich, a do tego starożytnych autorów. Jednym ciągiem, bez przerwy, przewertowałam Reja, Kochanowskiego i Górnickiego; ten ostatni był mi najpomocniejszy. Potem, trochę później, uważnie przeczytałam małą rozprawkę Brodzińskiego (szerokich i długich nie lubię); znalazłam w niej pełno dobrych, przystępnych i najpraktyczniejszych uwag. Wszystko razem nie stawiło mię na wysokości filologicznej, badawczej gramatyki Małeckiego, jednak ludzie więcej ode mnie nie wymagali. Ty, że później przychodzisz, powinnaś i z p. Małeckim się rozprawić; ale zdaje mi się, że lepiej wyjdziesz, jeśli moich sposobów nie pominiesz. W dodatku jeszcze chciałabym cię przestrzec, żebyś o nowoczesnych autorach ile możności starała się zapomnieć. Im bliższy styl twego usposobienia, tym niebezpieczniejszy, bo mimowolnie się przejmuje; o to chodzi właśnie, żebyś jak najswobodniejszą się stała, żebyś po swojemu odcinała okresy, łączyła lub rozłączała zdania, tworzyła spadki, rytm twojej prozy, gdyż to jedynie nada jej osobistości twojej charakter. Po takim maleńkim przygotowaniu, jeszcze rada ostatnia: zdaj wszystko na los szczęścia, nie myśl wcale o stylu, myśl głównie o przedmiocie, który cię zajmuje; staraj się go przedstawić, jak gdyby ci wiele zależało na pozyskaniu dla niego czyjegoś uznania i niech w świat idzie. Czemu byś do jakiegoś nieznajomego, co się publicum zowie, tak pisać nie miała, jak do mnie pisujesz? Mnie się twoje listy bardzo podobają; pominąwszy sentyment i na bok odłożywszy różne protestacje, listy jako rzecz piśmienna bardzo mi się podobają.
Kiedy się nie czujesz usposobioną do tłumaczenia Maxwella i Casel Richmond, powiedz Julii, niech to Sikorskiemu do felietonu poradzi, bo rzecz właśnie na czasie i teraz wielce by mogła objaśnić położenie Irlandii, o której rozprawiają w gazetach i parlamencie.
N.B. Koniecznie bym chciała, żebyś choć za najlichszą cenę na początek z Wendem się ułożyła, a to dla pokazania „Bibliotece” i innym redakcjom, że zaczynasz być od nich niezależną. Już taki jest ludzki obyczaj, że wszyscy tych potrzebują, którzy się zdają ich nie potrzebować. Ile razy miałam co do wydrukowania, to się z tym ofiarowywać musiałam; a jak tylko przestałam pisać, zaraz całą kolekcję wezwań i próśb nader grzecznych uzbierałam do mego archiwum. Zapytania i Białą Różę „Gazeta” prawie z łaski za protekcją przyjęła; zawsze mi mówiono, że to dla ogółu czytelników niezdatne. Juścić mieli słuszność; ale wątpię, żeby teraz ogół się tak zmienił, więc czemu mię zaczepiają? Pamiętaj wystarać mi się „Biblioteki”, a prócz tego wszystkie jak tam jesteście rozumne i literackie kobiety mogłybyście przecież dostać skąd dla mnie dramatów Szujskiego. Wstyd, moje drogie, że same pierwej nie pomyślałyście o tym, bo przecież wam się on lepiej niż mnie podobał. Obchwaliłyście go, że taki piękny, dowcipny i miły, a tylko ja szczerze się tym zajęłam, żeby go w dziełach jego pochwalić. Prosiłam Paulinki, żeby za nimi w Krakowie się obejrzała, ale czy zapomnienie, czy trudność dostawy — koniec końców spotkać się z nimi nie mogę. Sumiennie powiadam, że to wasz obowiązek, a szczególniej Matyldy, byście je choć spod ziemi wydobyły.
Pokłon i uścisk wszystkim trzem admiratorkom.
Jeśli się nie domyślisz, dla kogo jeszcze w twojej ręce i na twoich policzkach uściski składam, to chyba nie warto, że się od kilkunastu lat znamy!
CLV
[Dębowa Góra] 3 maja 1870, wtorek
Na tymczasem, póki mi nie odpiszesz, Wando moja kochana, i póki ja ci podróży mojej nie opowiem — zrobię ci — albo nie, właśnie żadnych wymówek ci nie zrobię — tylko poproszę cię bardzo, żebyś mi doniosła, czy znasz kogo w Warszawie, co by się podjął z białej arkuszowej sylwetki czarną zrobić. Jeśli takiego artyzana wyszukasz, to ci kiedyś daruję moją sylwetkę z 22-go roku mego życia. Najniespodzianiej odnalazłam ją dzisiaj i zaraz pomyślałam, że jeśli nie ja, to ty jej będziesz rada — ale zgniecionej nie chcę posyłać — dopiero prawdziwie czarną — jak to bywają.
Już późno — Julia ci dopowie ogólnie; co jej o moich odwiedzinach wspomniałam i dlaczego dłużej nie piszę. Tylko mam czas na jeden — no, na dwa uściski — na trzy i dla siostry.