[Dębowa Góra] 3 czerwca 1870
Wando moja serdeczna. Donoszę ci najpierwej, że, według doli mojej, nie zastałam koni w Skierniewicach, chociaż były na ten sam pociąg wyprawione, ale młodzieniec furman osądził chyba w domysłach swoich, że się nie stawię na dzień oznaczony i znalazł sobie i wolantowi milsze jakieś zajęcie. Niezbyt jednak ucierpiałam na tym, bo mi z folwarku dostarczono sposobu wygodnego do Dębogóry powrotu. Przez dwa dni lub raczej przez dwie doby, odespałam czterdzieści godzin. Jeszcze nie musi to być cała zaległość, bo mi ciągle woda na mózgu cięży. Bądź co bądź, wczoraj, otrząsnąwszy się trochę z tej mgły angielskiej, wzięłam przede wszystkim bajki twoje i Szecherazady do ręki. Tutaj muszę przeprosić, jeśli się jak szara gęś porządziłam. Zaczęłam ołówkiem poprawki znaczyć; ale przyszło mi na myśl, że ty może już przepisywać nie będziesz, więc moja usługa więcej szkody niż pożytku przyniesie. Posyłam ci pierwszy arkusik na próbę; może, co uznasz niezupełnie, wytrzesz gumą elastyką i swoim pismem zastąpisz; a czego nie uznasz zupełnie, z papieru wywabisz. Nie lękaj się, choć ten specymen bardzo poołówkowany wygląda. Znać, że póki się nie rozmachałaś, póty szło ci trochę szorstko, ale jak dalej czytałam, widzę, że są jedynie owe drobne błędy a, i lub tym podobne, o których poprawę ja się niegdyś w mojej pracy do ciebie zgłaszałam: cudze oczy zawsze prędzej dojrzeć je mogą. Czekam rezolucji — informacji i dobrego słowa.
CLVII
5 lipca 1870, Kruszewo
Wando moja, w tej chwili wracam z Kowaleszczyzny, gdzie Marynia oddała mi cały pakiet książek i list twój tak pośpiesznie pisany. Była to prawdziwa surpryza; nigdy się nie spodziewałam, żebyś już mogła z przesłanej notatki korzystać. Gdyby nie to, że się chcę równym pośpiechem odwdzięczyć, a pominąwszy lekkie strudzenie przejażdżki, już dość jest późno i list na jutro gotowy mieć muszę, bo rano wyprawiają posłańca — gdyby nie to, moja Wando, szeroko bym się z podziękowaniem rozpisała. Było trochę aż zgryzoty sumienia w mojej wdzięczności, lecz inną razą wytłumaczę ci dlaczego; dzisiaj uściskam tylko serdecznie i powiem, co się tu ze mną dzieje. Zaczynając od chwili rozstania miałyśmy z siostrą wcale przyjemne sąsiedztwo wagonowe, jakąś uczennicę panny Teresy, która z wujem swoim na wakacje w Augustowskie także jechała. W Łapach skrzyżowałyśmy się z Marynią, nic o tym nie wiedząc; ale konie czekały na nas punktualnie. Po deszczu i błocie, wolniuteczko, wolniuteczko, zajechałyśmy na koniec do Kruszewa. U państwa Ludwików Lewińskich zastaliśmy pp. Gloger z całym gronem kowaleszczowskich wnucząt i główny korpus dębogórskiej osady. Michaś, którego niegdyś cherubinkiem przezwałaś, już wyrósł na asmodeuszka; lecz Zosia mię skokietowała. Jeszcze mi się nie zdarzyło spotkać dziecka, co by tak wyraźnie i zawsze do sensu w trzecim roku (ach! i w późniejszych latach) mówiło! Starszym jej braciom jeszcze się nie przyjrzałam, ciągle po polach hasają, na koniach pląsają i z pokoju uciekają. W Kruszewie domek drewniany, obszerny, każdy ma swój osobny pokoik, a ja mieszkam znowu w osobnej oficynce, bliżej tylko niż w Dębowej. Ogród bardzo zielono wygląda, ale że niskim terasem od dworu do niego się zstępuje, więc mię nie zaciekawił, bo i tak widzę cały roztoczony przed sobą, a wilgoci się lękam. Na horyzoncie i z boku ukazują się wiatraki i dzwonnice sąsiedniego miasta Sokoły. Z tych Sokołów bywają tu często na preferansa dwaj księża i jeden pan rejent — czy sokoły? Na pana rejenta patrzyłam z przypomnieniem planu owej niedokończonej powieści. Mógłby być takim jak mój, ale nie jest. Wczoraj dano znać, że Marynia z Jadwisią, prędzej niż ich się spodziewają, wróciły. Pani Kornelia zaraz się tam wybrała z dzieciakami — a my dzisiaj na przywitanie. Już raz w 63-cim widziałam Kowaleszczyznę, ale nie miałam czasu wspomnieć ci nawet, jakie to w swoim rodzaju piękne wiejskie mieszkanie. We czwartek Marynia po mnie przyjeżdża i zabiera mię z sobą na resztę wakacyjnego czasu. Wtedy dokładniejszych szczegółów ci udzielę. Jest tam córka po niedawno zmarłym bracie pana Romana — Anielcia — kaleka z bezwładnymi od ramion do łokcia rękami — chciałabym, żebyś ją widziała — obrazek, który by się dał w ramy ślicznej powieści oprawić — tylko niepewność co do treści. Nikt o niej nic nie wie — a taka twarz znacząca.
Reszta na później — czy już do Ludzimierza? Spodziewam się mieć list przed twoim wyjazdem — choć może właśnie dlatego że się spodziewam, to nie dostanę. Mnie wszystko najlepsze niespodziewanie zawsze spotyka — mogłabym dodać i tylko niespodziewanie.
N.B. Byłabym arcyważnej zapomniała rzeczy: odebrałam He know he was right, tomów 3; Yorke — tomów dwa; Phineas Finn Trollopa tom tylko drugi — a z tytułu widać, że ma być trzy — paczka była nienaruszona, nierozwijana — mogłam z zawiązania i podpisu poznać — więc chyba pomyłka w księgarni.
Pani Lewińska utrzymuje, że teraz jeszcze ładniej wyglądasz niż onego czasu w Olszowej.
CLVIII
30 lipca 1870, Kowaleszczyzna