[Odpis W. Żeleńskiej] 23 października 1873, Dębowa Góra
Oj, ty niedobra! między liniami w listach twoich czytam, że mi okropnie wymyślasz za zbyt przedłużone milczenie, gdyby ze dwa miesiące jeszcze, to byś chyba sama do mnie pisać przestała. A czy zasłużyłam na to? Właśnie gdy przyłożyłam ręki do pracy ogólnej i dla dobra ogółu, żeby ogół znał ogólnie Macaulaya, pracuję. Kilka razy przecież już miałaś sposobność przekonać się, że nie pracuję bardzo szybko — czasem całe rano mi zejdzie nad dobieraniem wyrazów do jasnej a subtelnej jakiej myśli oryginału. Tymczasem tomy wychodzą, a krzykną na mnie: gdzie ósmy? Czyż nie wstydziłabyś się Wando moja, gdybym musiała odpowiedzieć wtedy: „przepraszam, jeszcze nieskończony”. Dzięki stałości mego charakteru, nie dam tak upokarzającej odpowiedzi. Mam prawo już dziś powiedzieć: ósmy gotowy, tylko zaczekajcie Państwo, niech go trochę jeszcze poprawię. Poprawa może trwać dość długo, zawsze jednak honorowiej wygląda od niewykończenia, ale że pierwszy podkład już dany, złożyłam arkusze ad acta, czekam, żeby mi wszystko w pamięci się zatarło, a na to zbyt wiele czasu nigdy nie potrzebuję; dopiero potem zacznę odczytywać i krytykować. Gdyby ci danym było czasem słyszeć, jakie monologi wtedy sama sobie prawię, to byś mi przebaczyła wszelką dawniejszych sądów surowość. Cóż chcesz, taka moja natura, że ani z siebie, ani z moich najbliższych nigdy zupełnie zadowoloną być nie mogę. Czy też nie przywiozłaś co do czytania z Cichawy? wspominałaś, że jeśli będzie rzeczą podobną, coś bardzo zajmującego weźmiesz stamtąd dla mnie. Ach! kobieto — gdybyś wiedziała, jak potrzebuję coś zajmującego przeczytać! ale ty wiedzieć nie możesz — dzięki Bogu.
Tak bym się chciała cieszyć na wspomnienie św. Jana, a nie mogę, za późno350 przyjdzie. — No, zaczepiłam o złą bardzo strunę, trzeba co prędzej myślą inny akord nacisnąć i wyobrazić sobie, jak kiedy przyjdziesz do mnie, trzymając Stasia za rękę, a Staś będzie mnie bardzo kochał, nie z zasługi, tylko tak jak się to dzieciom i ludziom czasem zdarza, z sympatii, z wrodzonego pociągu. Co myślisz o tym Wando, czy tak będzie?
Ja sobie jeszcze niczego dobrać nie mogę, a co byś też ty dla mnie wymyśliła? Jedno tylko podjęłabym się z przyjemnością wykonać — ale — no! ma się rozumieć nie libretto do Wallenroda351. Czy tobie Wando rzeczywiście zdaje się, że po pięćdziesięciu latach życia, można jeszcze z Wallenrodem się potykać. Zaczekaj moja pani — przekonasz się — choć w najkorzystniejszych warunkach, trudno to bardzo. Nawet nasza niegdyś czarująca pani Sand, bodaj czy po pięćdziesięciu latach napisała co lepszego nad mierność, a po sześćdziesięciu ileż gorszego od zupełnej mierności. Co to za szczęście, że ja się skusić nie dałam na przedłużenie autorstwa mojego — gdyby mi przyszło pleść takie duby smalone jak ona w „Revue” od dawna plecie... może ją to ratuje, że sama nie poznaje się na tym, lecz mnie by nie uratowało. W kilka tygodni już mi jest obcą moja własna praca i mam sąd na nią pewnie nie łagodniejszy od wszystkich warszawskich recenzentów.
CLXXIV
[Odpis W. Żeleńskiej] 12 listopada 1873, Dębowa Góra
Dotychczas zapewne już Edward opowiedział ci wszystkie szczegóły odwiedzin swoich, a nawet i to, że się ucieszyłam tym, że nie przyjechałaś. No widzisz, do czego to człowiek na starość przychodzi! Rzecz wprawdzie pięknie, bo roztropnością się nazywa, lecz dawniej nie miałam tak zgodnej i szczerej roztropności. Była zawsze na dnie serca radość, gdy co było po myśli i życzeniu, a teraz, częstokroć w łagodniejszych nawet warunkach, kiedy nie jest pod wątpliwością kaszel, jest zawsze na dnie strach. Żebyś wiedziała, jak ja tu sobie nawymyślałam za to, że pozwoliłam kiedykolwiek imieniny moje w końcu października obchodzić! Bogiem a prawdą, nie bardzo ja temu 29 październikowi winną jestem, ludzie mnie wciągnęli powoli. Zdaje mi się, że sama nie wiedziałam jeszcze, czy zapomniałam już, na który dzień przypada mojego patrona, i blisko trzydzieści lat przeżyłam w tym stanie niewiadomości, gdy raz, pół żartem, pół sentymentem, trzy osoby uradziły sobie fest na surpryzę mi przygotować. Wiązarkiem głównym, jak się później dowiedziałam — miał być bilet na loterię. Istotnie „surpryza” miała za sobą wszelkie warunki szczęśliwego powodzenia, a nade wszystko ten, że się jej zupełnie, a zupełnie nie spodziewałam. Szanowny biskup Narcyz ani razu do głowy mi nie przyszedł, wynalazły go przypadkiem Kazia, Fochna352 i Kryspina; ach! ja niegodziwa! wynalazł do współki z nimi Jaś Tchórzewski. Już wszystko było gotowe, za pięć dni miałam się zdziwić! aż tu przed pięcioma dniami „krach”. Fochna z Jasiem, przynoszą mi 24-go z rana jakieś sprawunki. We drzwiach czerwony kołnierz353 ich wita. Projekt rozbił się, jak szklanka o kamień, opowiedziano mi go tylko przed wyjazdem. I tak pierwsze moje imieniny spędziłam w kozie, a bilet nic nie wygrał. Powinno to było od dalszych solenizacyj odstręczyć — ale, przeciwnie, jakoś w zwyczaj weszło, bo się data głębiej w pamięci wyryła — i mam zawsze w ten dzień jakąś chwilę, jeśli nie radosną, to dobrą; ale też od 61 roku, mam obok chwili dobrej, jakąś złą niespokojność. Ty może sobie nie przypominasz, że w owym roku brakowało mi najbliższego z moich najbliższych; pierwszy to był początek choroby, która jego ostatnią chorobą być miała. Czy nie spostrzegasz Wando, że mój list zaczyna niby pleśnią starości zachodzić? Jak we wspomnieniach utonę, tak bym gotowa do teraźniejszości nie powrócić, a jeszcze warto przecież, choćby dlatego, żeby Wam wszystkim moim kochanym być wdzięczną za to, żeście mi zostali.
Czy przyjdą do skutku Skierniewice z tymi panami? I pan Kw[ietniewski] także! Nie uwierzę, aż na własne oczy zobaczę. Powiem ci tylko, że kiedy dzisiaj rano po obudzeniu do pisania tych listów (zamiast Macaulay’a) się przybierałam, byłam sama w sobie pewna, że ich dwa napiszę, to jest do ciebie i do Mani. Ale teraz dzień już bardzo pobielał, świecę już zgasiłam i wątpię, czy mój zamiar do skutku doprowadzę. Marynia gotowa myśleć, że ja się nie tak ucieszyłam jej listem, jak przynajmniej warta jeszcze jestem ucieszyć się czymkolwiek. Uporządkuj to w jej serduszku, moja Wando, i uściskaj na tymczasem z obu synami. Musi jeszcze mieć trzeciego, żeby ją przeciwstawić św. Zofii z trzema córkami; nawet według słabości starych panien do swatania, zaraz bym zaczęła przyszłe między dwoma rodzinami związki układać, jeden zaślubiłby wiarę, a wiara to jest zaciętość w zamiarze, siła w czynie, lokomotywa przy towarowym pociągu. Miłość — o tę, bodaj czy by nie przyszło między braćmi do rywalizacji. Tylko ta głupia nadzieja! Ej, nie chcę się już w ten interes mieszać — nikomu nie śmiałabym dzisiaj swatać pięknej nadziei, a brzydkiej, drobniutkiej, koślawej nie warto! Zresztą wszystkie one zawodzą. Czy wybrałabyś sama jaką z nich na synową? A może samą panią matkę Sophię?
Ach te Listy Krasińskiego354! Ach ten kuzyn! Zdaje mi się, to by mi elektryczną kąpiel zastąpiło. Wprawdzie nigdy nie używałam elektrycznej kąpieli — wyobrażam sobie tylko, że musi być strasznie przyjemna.
Bądź mi zdrowa, moja Wando, raz jeszcze — i bądź ze mną do skończenia mego świata. Pozdrowienie jak wiesz jakie i komu.