CLXXV
[Odpis W. Żeleńskiej] 6 grudnia 1873, Dębowa Góra
Abo ja wiem, kiedy przyjadę? Abo ja mogę sobie wielkie przyjemności w życiu sprawiać? kiedy jestem taka niedołężna, że nigdy z robotą wyśpieszyć się nie mogę. Póki było daleko, to mi się zdawało, że na piętnasty pewnie przyjadę do Warszawy i że razem słuchać będziemy — pana Żeleńskiego. Tymczasem, bardzo się na to zanosi, że ja „nieposłuszną” będę. Jak mi czasem tęschno, to sobie przedstawiam, że od św. Jana wszystkie rozłączenia i nieobecności tak sobie wynagrodzę, że aż się drugim tęschno za tym, co było, zrobi.
Pytasz mnie o „Biblioteczkę dla dzieci”, na złą chwilę trafiłaś, bo jestem właśnie pod naciskiem różnych wydawnictw. Kto czytuje, moja Wando? Wszyscy, których znamy, a znamy przecież niepoślednich ludzi, więcej piszą sami, niż czytają — a gdy nie piszą, to mają jakie inne zatrudnienia, a gdy nie mają zatrudnienia, to się bawią, a gdy się nie bawią, to się łotrują. Kto czyta? Cenzor chyba i ja trochę. W ogóle ten ruch książkowy jest sztuczny, muszą go wyraźnie jakimiś sobie właściwymi sztukami księgarze wydawcy utrzymywać. Dlatego choć cenię i pragnę, żeby mogły być wydania niezawisłe od księgarzy, zdaje mi się rzeczą prawie niepodobną, aby się powiodły. Prospekt nic nie znaczy, bo mu nawet tyle co zagranicą nie wierzą; — użyteczność nic nie znaczy, bo ta się dopiero skutkami zaświadcza, a potrzebą jeszcze w rozumach publiczności nie leży; imię nic nie znaczy, bo choćby najpopularniejsze wystąpiło, to je zaraz w kategorie potrzebujących i kwestujących zapiszą; a potem prenumerata idzie z sentymentu, ach! jak chudziuteczkiego sentymentu. Z ludźmi kupującymi i płacącymi dwie indywidualności tylko dają sobie radę, pachciarz z obywatelem, księgarz z literatem amatorem. Dlatego nie zdaje mi się, żeby spod narzuconej opieki księgarzy wyzwolić się można. Chyba że masz inną statystykę naszych czytelniczych zwyczajów i usposobień?
CLXXVI
9 stycznia 1874, Dębowa Góra
W tej chwili tom skończyłam — bez umaczania pióra na nowo przenoszę je z tą pół dobrą wiadomością na przeznaczoną dla ciebie, moja Wando, karteczkę. Zobaczymy się więc niezadługo — gdyby mi katar straszliwie nie dokuczał, to już byłybyśmy się dzisiaj lub jutro widziały; ale... na tym to Bożym świecie — tłumaczenie z katarem się plecie — a kto się chce o końcu tych rzeczy dowiedzieć — musi w domu siedzieć. Jestem dosyć apatyczna z rodu i losowego wyrobienia, gdy mi jednak przyjdzie na kilka dni do Warszawy zawitać i tak być niedołężną, tak w domu siedzieć, tak prędko spać chodzić lub przynajmniej czuć potrzebę chodzenia jak tutaj na wsi, to mię rozpacz ogarnia, której to rozpaczy wy się nie domyślacie częstokroć, poczciwe moje kochane, gdy mi mówicie, czemu nie przyszłam lub czemu dłużej nie zostałam, a mnie roztwiera się bezdenna przepaść owych Czemu pełna. Czemu młodość tak marnie zginęła — siły tak zasobne wyczerpnęły się w końcu? Czemu je miałam, gdy mi się na nic przydać nie mogły? Czemu nie mam teraz, gdy na tyle dobrego może — a lubego niezawodnie użyć bym ich mogła?
Lecz nie o takich rzeczach po raz pierwszy mówić ci chciałam, Wando. Miałam tylko uścisnąć serdecznie ze Stasiem twoim. Pozdrowić z twoim panem Władysławem i dobre życzenia wymienić na rachunek wszystkich sióstr i szwagrów twoich.
Kumowi, duchowemu współrodzicowi Stacha — noworoczne powinszowania.
Ach, jak się trzeba spieszyć.