Szekspira.

Panny Wandy — Plutarcha.

a oddaję: Macaulaya t. 2.

Pameli i starych ks[iążek] szt. 6.

Frederyka277— t. 5.

CXXVIII

[Dębowa Góra] 14 lutego 1869, niedziela

Czy my się kiedy zrozumiemy w tej kwestii skromności? Raz cię pobierają skrupuły co do tłumaczenia Herty, dlatego że jest w niej jakiś ustęp podejrzany! Panna Fryderyka Bremmer, najmoralniejsza autorka szwedzka, napisała coś takiego, czego panna Wanda Grabowska na Miodogórzu przetłumaczyć nie chce — nie śmie raczej, to jedno. Pani Ilnicka w dodatku do niewinnego „Bluszczu” ma ogłaszać jakąś powieść Wiktora Hugo, lecz znów tam są rzeczy, których pannie Wandzie imieniem swoim podpisać nie wypada — to drugie! Powinowactwa z wyboru zdradziły tłumaczącą — to trzecie. Jakże chcesz u licha, żebym ja to wszystko razem w jeden logiczny okres ułożyła? Na moje zdanie, co panna Bremer napisała, może śmiało każda Polka głośno nie tylko przy narzeczonym, ale przy starającym się dopiero na narzeczonego przeczytać. Co „Bluszcz” dla młodych osób delikatnie przyprawny wyda, może być przez najmłodszą osobę nie tylko przez męską rękę pana Felicjana278 sygnowanym; a ostatecznie, co się do tłumaczenia bierze, to się przecież pierwej od początku do końca czyta i gdy się coś rumieniącego nas same spotka, to się wcale pod pióro nie bierze. Dlatego nie mogę pojąć, czemu Ilnicka w środku dopiero oczy spuściła albo czemu ty byś swoich prześlicznych śmiało podnieść nie miała, tłumacząc to, co, jak powiadam, sam „Bluszcz” adoptować jest w stanie? Wszakże cię nie namawiam na żadne fizjologiczno-salonowe studium Balzaka — ani nawet na Półświatek młodszego Dumasa, choć go pewnie w tłumaczeniu Przeździeckiego na scenie zobaczysz; dziwi mię tylko, czemu surowszą jesteś od redakcji Bluszczowej. Jeśli cię mogą zrazić przez nią przyjęte temata, niech cię nie gniewa przynajmniej zadziwienie moje. Ot, wiesz, co istotnie myślę sobie o tym wszystkim? Myślę, że jesteś rzeczywiście za młoda jeszcze, za „wrażliwa” osobiście na pewne myśli, abyś je spokojnie po literacku lub naukowo traktowała. Jesteś kobietą, nie myślą, ale prócz ciebie nikt w świecie więcej o tym ode mnie się nie dowie. Spodziewam się, że też nie przypuszczasz, aby podobne mniemanie w czymkolwiek wartości twojej dla mnie ujmę jaką przyniosło. Owszem, wolę zawsze tych, co żyją, niż tych, co piszą; niemniej wszelako prawdą jest, że do pisania pewna obumarłość jest potrzebna. Że więc teraz nie piszesz, nic się tym nie martwię; przewiduję tylko, że kiedyś będziesz pisała — jak się z wrażliwości wyżyjesz. Będziesz bogatsza przeszłością niż teraźniejszością nawet jesteś. Wspomnienia dostarczają trafniejszych, lepiej przefiltrowanych spostrzeżeń, a imię twoje będzie wówczas — — Zgadnij, Wando, kto już raz ode mnie imienia pod swoje pisma żądał, ale pewnie słyszałaś o tym dawniej, że to był Edward279 Dęb[owski]. Wbiegł do ostatniego pokoiku Bibianny 280 i zastał mnie jakiś list właśnie przy jej biurku piszącą. Nakłamał mi mnóstwo historyj, że cenzura nie przepuszcza jego nazwiska — że ktoś tam nie powinien wiedzieć o prawdziwym autorze, bo się posprzeczali — już to jego zwyczaj był, jego wrodzona potrzeba, aby najprostszą rzecz w arabeski powyginać. Tego w owej chwili jeszcze o nim nie wiedziałem; byłabym ręczyła, że siebie tylko bardzo często, ale drugich jako żywo nigdy nie zwodzi; że jednak wiele innych rzeczy wiedziałam prócz tego, więc patrzyłam na niego i koniecznie mi się na myśl imię „Beniamina” cisnęło — nie dlatego, żeby tak był piękny jak mój wymarzony później w Pogance, ale dlatego, że mi się zdawał takim jasnym, bez złej myśli, takim do kochania i pilnowania jeszcze w życiu rodzinnym chłopięciem. Nie uwierzysz, jak ów zapamiętały konspirator do studenta z naszej gimnazjalnej szóstej klasy był podobny! W miarę jednak, gdyśmy tak w rozmysłach przypatrywali się sobie, zaczęłam lepiej oczy jego rozumieć — bo też muszę sobie oddać tę sprawiedliwość — że doskonale umiem rozumieć oczy... w które wpatrzyć mi się przyjdzie. Edwarda Dęb[owskiego] były niebieskie, zwykle blade, ale tak umiały ciemnieć, rozszerzać się, tak diamentowo krystalizować, jak później u nikogo w równym stopniu widzieć mi się nie zdarzyło i były to z głębi głębokiej patrzące, a przecież fajerwerkowe oczy — przy bladych Lisztowskich rysach, przy długich jasnoblond włosach, przy drobnej, szczupłej postawie czuć było siłę w spojrzeniu. Dlatego też powiedziałam mu, żeby się na wróżbę przyszłości Symeonem nazwał — i był on Symeonem w swoim narodzie i w swoim gatunku. Pan go odpuścił w pokoju, aby oczy jego klęski Izraela nie oglądały. Czemu ty, Wando, nie wbiegniesz teraz do mego pokoju i nie zapytasz — popatrzyłabym ci w oczy i dała imię na pracę myśli twojej — może na los twój. Juścić ja bardzo dobrze pamiętam, jak ty patrzysz, lecz nie mniej pomogłoby mi, gdybyś stała przede mną. Już to dla siebie, to nazwałabym cię „Konstancją”, ale że mam pewne restrictions mentales281, więc trzeba dla innych dobierać. Czy nie wzięłabyś np. imienia, które ja niegdyś przywłaszczyć sobie chciałam, które z historii i z osobistego wspomnienia bardzo drogie było dla mnie — a że skromne, ciche, niewyszukane, więc pierwszym próbom odpowiednie — Joanna — Czy ci się podoba?

A teraz o Biblii. Jeśli kupiłaś i czytać już zaczęłaś, powiedz mi, jakie na tobie wrażenie sprawia, jakie w niej słowo dla siebie znajdujesz? Przyznam się, że niewielką nadzieję radykalnej kuracji pokładam w tym lekarstwie — na teraz szczególniej. Daleko bym wolała, żebyś się do jakiej nauki wzięła. Nie mam zresztą pretensyj, abyś się jej nauczyła (tej nauki), ale abyś poznała przynajmniej, ile to pracy, cierpliwości, uwagi, zastanowienia wymaga rozpoznanie najdrobniejszego szczegółu, najobojętniejszej rzeczy, choćby kulki krwi żabiej — potem łatwiej by ci przyszło pogodzić się z tym, że jeszcze tylu, tylu najważniejszych tajemnic nie zgłębiono. Bo to powiadam ci, czytając podobne rzeczy, nie traci się wcale nadziei, że kiedyś wszystko wiadomym będzie i tajemnicą być przestanie, tylko nabiera się takiej gruntownej pewności, że wszystko porządkiem, pracą długą wiekową zdobywać trzeba, że aż cierpliwość ogarnia i człowiek kłócić się z Panem Bogiem przestaje. Już to ja nie doszłam jeszcze do tego punktu kulminacyjnego, najpierwej dlatego, że późno iść zaczęłam, a potem, że jestem strasznie niedołężna (choć ty mi genialną żywotność!!! przyznajesz); jednakże mam już pewne zrozumienie, jak to dojść można — i wyobrażam sobie, jaki to być może ów spokój bez zobojętnienia, owe uznanie tego, co być musi, bez wyrzeczenia się niczego z owych rzeczy, które być mogą. Gdybym się miała drugi raz urodzić, to bym sobie zadysponowała życie uczonej kobiety; ale to co się zowie prawdziwie uczonej, która by po całych dobach przez mikroskop studiowała wymoczki albo która by mogła jeden wyraz ze starszego od sanskrytu języka wyśledzić. Pomyśl tylko, moja Wando, co to za stan błogi, śledzić atomu, życia — zapomnianej przeszłości, a nie zafrasować się nawet, czy mię tam kto kocha, czy mię kochać przestaje — i to nie dlatego, by się od wszelkich z ludźmi usunąć stosunków — i owszem, znać i pełnić rozumnie wszystkie powinności społeczne — domagać się nawet, by inni je spełniali — tylko odtrącić ze wszystkiego żywioł fantazyjny, romansowy — przenieść cały zapas poezyj w krainę wiedzy i prawd dowiedzionych. Istotnie, mam na to wielki apetyt — lecz go nie zaspokoję niestety! — i boli mię, boli, że ty, Wando, dwudziestokilkoletnia, ty z ciemno-zielonymi oczami, nawet apetytu nie masz na coś podobnego.

Juluta mi pisała o świetnym przedstawieniu u Edwardostwa; dzieci miały być doskonałe — szczególniej Zosia i Zygmuś — bo to jej faworyciącka — a ja się przy Maniusi uparłam i koniecznie chcę, żeby na coś niezwykłego wyrosła. Uściskaj babcię, rodziców i dzieci przy pierwszej sposobności — ale ty byś może Edwarda nie chciała pocałować.