Dodatek nadzwyczajny do listu niedzielnego w poniedziałek z 5 lutego 1869. Jak mię zaczęto wołać do obiadu, ledwo miałam czas list mój zapieczętować i dlatego nie dokończyłam go nawet — a mianowicie:
Nie napisałam ci wyraźnie, żebyś uściskała Zosię i panią Władziową. Nie wytłumaczyłam, że cały mój rozbudzony naukowy entuzjazm i większa część wczorajszego listu wykłada się dziełem Marii Sommerwille. Niby to ja wiedziałam o wszystkim, co ona pisze — a jeszcze nie mogłam się tą jasną prostotą wykładu nacieszyć — och! nasmucić także — bo czemuż zamiast głupich dwóch tomów własnych, ja tego jednego nie przetłumaczyłam niegdyś!!!
CXXIX
4 marca 1869, Dębowa Góra
Nie wiem, czy, kiedy ten list odbierzesz, będziesz się wybierała z powinszowaniem do Kazimiery, czy już wrócisz od niej? Domyślności twej zostawiam, jakie wtedy, a jakie wtedy dałabym ci instrukcje. Wczoraj list własny pocztą wyprawiłam; może dopiero dzisiaj solenizantka go odbierze; ale mogła już wczoraj odebrać — wolałabym żeby wczoraj. — A teraz muszę ci powiedzieć, Wando moja, że, jeśli się już spodziewasz odesłania geografii, to się po raz pierwszy na moim sercu zawiodłaś. Samolubnie jeszcze na jakiś czas muszę ją sobie zostawić; bo po powrocie nie zajrzałam prawie do niej. Ciągle czytałam Słowackiego — dziwna rzecz, jak to można, długo czytać tego Słowackiego. Raz po raz wzruszę ramionami na chorobliwe jego duchowości — a potem znów książkę otwieram i daję się narkotyzować — bo to istny narkotyk, nie na sen, lecz na odurzenie. Bardzo często — w Królu Duchu najczęściej, nie wiążę żadnej myśli z myślą, czytając — tylko samymi obrazkami się rozmarzam — rozmarzam — aż w końcu i obrazków nazwać bym nie umiała, tylko same wyrazy malowane, świecące jak iskry z komina przed oczami latają — a wszelkie inne władze umysłu prócz tej wewnętrznej władzy widzenia drętwieją. Jak by on się gniewał na mnie za życia o takie orientalne picie jego ducha — przypuszczam, że tak by się wyraził. On zwariował na duchy. W ogóle jednak, to nie jest mój sąd ostateczny. Czy wiesz, Wando, że nigdy zaraz po przeczytaniu jakiejś ważniejszej książki, tuż w pierwszych chwilach, ostatecznego sądu wydać mi się nie zdarzyło? Naturalnie, powiedziałam to lub owo i myślałam, że rzecz skończona; aż tu później ciągle coś z owej skończonej nowego narasta i rozrasta się, aż muszę przyznać, że wtenczas ledwo zaczynała się. Dlatego jestem ostrożniejsza i nigdy od razu ex abrupto zdania mego pieczęcią nie pieczętuję. Było mi tak już z kilkoma książkami; nie powiem ci nawet, z którymi; takie liche, że wstyd by mi było, ale przecież coś mi zostawiły po sobie — jakiś ferment — istne zaczynienie drożdżowe — a i ludzkie słowa miały czasem tę władzę. Smutno powiedzieć, rzadziej niżeli książki — jednak miały; zwykle nawet bywało takie słowo przyjęte — odbierałam z niechęcią, w opozycji — czasem kładłam w zapomnienie — aż kiedyś wyskakiwało nagle spod swojej grobowej deski i rosło niby kwiat — czasem z prochów umarłych — czasem z kurzu wyminiętych po drodze nielubionych. Ja, co nie jestem poetką, umiem sobie z tego zdać sprawę; ale nic mię nie dziwi, że Juliusz mistyk w tajemne cudowności ustroił podobne fenomena. Gdyby Kazimiera nie była całą stałością swojego charakteru przeciw towianizmowi uzbrojona, to by jej także nadzwyczaj było przyjemnie świat niewidzialnymi potęgami aniołów i czartów zaludnić. Cały popęd jej natury jest w tę stronę — a ja się zapędzałam — przymuszałam — i nie mogłam zostać w cuda spowinięta. Inną ze sobą przyniosłam naturę, potrzeby inne; tylko że ich w sobie nie zrozumiałam, że sobie innych dobierałam krojów — nic nowego, obcego nie nabyłam — a własności mi się nie przysporzyło — dlatego też brakło mi prostoty. Chciałabym kiedy w jakiej powieści cały ustęp napisać o prostocie — może bym tyle co i o dobroci powiedzieć potrafiła. Wando, namów Kazimierę — namówcie się wszystkie razem z Kazią i Julutą — a przymuście mię, niech ja co napiszę — żebym przynajmniej na podróż w Tatry zarobiła — ale taką prawdziwą podróż, jak ja o niej przed 25 laty marzyłam. Teraz, kiedy już wieku Idy Pfeiffer doszłam, chcę dwudziestopięcioletnie ziścić marzenia. Cóż znowu, jakaś Niemka mogła to zrobić — a ja nie. Prawda, że owa Niemka przez całe lat pięćdziesiąt tyle nie przebolała, przeniepokoiła, przerozpaczała co ja czasem w jednej godzinie — aleć zawsze to Niemka.
Bądź mi zdrowa, moja Wando — moja Wando — moja — moja.
Uściskaj siostry — kłaniaj ojcu, szwagrom. Edward, skoro wróci, to spodziewam się, że o tym wiedzieć będę.
CXXX
[Dębowa Góra] 22 marca 1869, poniedziałek
Nie pisałam o Hercie, moja Wando kochana, bo mię straszna hipokondria napadła. Nic ci o jej symptomatach nie powiem, bo to dla mnie rzecz upokarzająca, a dla ciebie wcale niepotrzebna; wspomnę jednak, że gdy ostatni twój list czytałam i gdy mię zaskoczyły twoje słowa: „a pani sobie myśli po cichutku: przyszła kreska na Matyska. Biedna dziewczyna” itd., to się właśnie z czymś zupełnie przeciwnym w mojej głowie spotkało: „Szczęśliwa! ile to ona jeszcze ma podniet do życia, ruchu, pragnienia — użyteczność, powodzenie drugich — chęć poświęcenia, emulacja. Szczęśliwa!”, a co dalej, to już mniejsza o to. Jednakże wstydzić byś się powinna, że tak myśli moich nie zgadujesz: chyba się tym pocieszysz, że mi do pewnego stopnia wszelką podnietę zastępujesz, świadczę się wszystkimi bogami greckiego Olimpu i zaklinam na wszystkie córki Mnemozyny, że od lat niepamiętnych, od daty zapomnianej ani dwóch rymów nie złożyłam nawet. Kiedy choć w sekretarza grano, to nie przychodził żaden koncept z końcówkami; dopiero twoje tłumaczenie Hejnego coś mi przypomniało. Jest tak wierne, że myśl jego poczułam; ale są też w nim usterki przeciw formie, które by na świat wychylić się nie mogły. Rytm nigdzie nie utrzymany — mieszają się wprawdzie krótkie wiersze z dłuższymi niby do woli; zapewne jednak muszą być jakieś prawa spadku, zmian cieniowanych. Ja o tym ściśle naukowo nie wiem — ale tak z instynktu. Miałam zwyczaj nucić sobie w głowie to, co pisałam dawniej — czasem to była nuta mojej kompozycji — ale najczęściej jakaś ulubiona, która się sama do pamięci przyplątała. O ile dziś wiem jeszcze, fragmenta Lilii ułożone były z takim samorodnym akompaniamentem — a pieśń z Poganki rozmaicie. W ogóle zdaje mi się, że rytm mieszany, bez symetrii, zawsze lepiej dłuższym ustępom lub powieściowemu rodzajowi odpowiada; piosneczki muszą mieć pewną równoległość iloczasów, choćby taką, jakiej w odmianie numeru 3-go użyłam. A teraz jeszcze druga uwaga. Rymy wszystkie na -ością, -ąc, moje, twoje, — są pod klątwą. W ogóle teraz już wymagają, żeby jak najrzadziej też same części mowy dostarczały końcówek; np. cienie, westchnienie — chciała, dała lub tym podobnie; nazywają to ubóstwem rymu, i tutaj wyznać mi trzeba z pokorą, że moje wszystkie poezje straszliwie owym ubóstwem grzeszą. Weź — nie mówię już Słowackiego — ale najgorszą improwizację — lub raczej najmniej dobrą improwizację Deotymy i porównaj, to zrozumiesz, o czym mówię. Ach! bo też, Wando kochana, ubóstwo słowa jest moją organiczną chorobą. Gdybym była miała dosyć wyrazów na pogotowiu zawsze, to bym rodzinie i przyjaciółkom w sukcesji zostawiła edycję przynajmniej z połowy tylu tomów, ile ich Aleksander Dumas nadrukował, może tyle co Kraszewski... Stało się — ubogim rymem tymczasem sparafrazowałam wszystkie prawie ustępy, które mi przysłałaś — z wyjątkiem Nru 7. Sama powiadasz, że ten ci się nie udał, i ja też nie miałam do niego pociągu; a to pewnie dlatego, że nic wybitnego nie ma w pomyśle. — Komunał zdarza się i takim nawet jak Heyne282 poetom. A propos poetów — Ilnicka mnie tak rozgniewała ostatnim swoim „Bluszczem”, że gdyby egzemplarz był moim, to bym go była podarła. Rozlamartyniła283 się, jak gdyby ją duch jego pokutujący ukąsił zaraźliwie. Cóż, u licha, czy nie wie, czy nie pamięta, co ten człowiek zrobił w 48-ym roku — co powiedział z wysokości swoich teatralnych desek, gdy lud o pomoc dla nas się upominał? „La France mèriterait de tomber au dessus de ces nationalités sans patrie, si elle se laissait faire la loi par leurs exigences284”. Widzisz, Wando — ja rzeczywiście choruję na zapominanie — zapomniałam wielu słów, które niegdyś z boleścią i radością, przez najdroższe mi usta do serca płynęły — a tego powiedzenia zapomnieć nie mogę, a dziś jeszcze obecną mi jest ta chwila, kiedy chciałam — Bóg mię w Ilnickiej, w Polce poetce skarał, że nie zrobiłam, choć chciałam — a wcale nie poetycznie stanąć przed nim i w imię Polski, w imię cofniętej przyszłości wszystkich ludów, na twarz mu plunąć — tylko. Niech zresztą za umarłym bez dodatku przekleństwa idą uczynki jego — ale mu pisać treny współbolejące, no, takiego przebaczenia, takiej wierszowanej miłości nieprzyjaciół sam Chrystus nie nakazał. Jeśli spotkasz kiedy Ilnicką, to jej opowiedz moje zażalenie; bo gdyby to choć Dobieszewska zrobiła, to by nie miało żadnego koloru — potrzeba zapełnienia jakiejś szpalty do druku — za wiersz po groszy?... Gdyby i Deotyma zresztą — jeszcze bym sobie powiedziała, że to jej zwyczaj, że to harfa eolska, przez którą wiatr z tej czy z owej strony wiejący zawsze pięknie śpiewa — improwizowała do Leona Łubińskiego, do Chodeckjego — mogłaby nawet wiele ślicznych rzeczy członkowi komisji włościańskiej powiedzieć — bez grzechu. W niej po prostu jest skład myśli dźwięków à propos — byle czego. — Jeno usta roztworzyć, to płynie — lecz Ilnicka, nasza jedyna autorka, co kobietę z myślą najkonkretniej przedstawia!... Ach! czemu taki osieł ze mnie! tak się raz ciele łajało — i Narcyssa także.