CXL

10 września 1869, Dębowa Góra

Spodziewam się, że już list mój z 3-go b. m. odebrałaś. Gdybym tego była pewna, to bym dziś nie pisała jeszcze, ale na wszelkie nieprzewidziane wypadki, nawet osobistą złą dolę oglądając się, wolę dwa razy to samo powtórzyć, niż cię o zawód lub próżne oczekiwanie przyprawić — wtedy zwłaszcza, gdy mnie tak słowność twoja wdzięcznością przeniknęła. Nie przypuszczałam wcale, żeby która z was pamiętała o pobieżnej umowie; jedna na trzy, to i tak piękny procent. Co do mnie, dla „nieprzewidzianych”, a raczej dla przemagających okoliczności, jako w ten dzień właśnie wagonem jadąca, ze zobowiązania uiścić się nie mogłam; przynajmniej pośpieszyłam, o ile tylko możliwą było mi rzeczą, między dwoma uśpieniami zaraz po powrocie. Jeśli cię doszły moje słowa z tej chwili, to już wiesz, i za twym pośrednictwem Julcia wiedzieć powinna, i pan Adolf wiedzieć powinien, co ja sobie na jawie myślę i co przez sen o pobycie w Ludzimierzu powtarzam. Bez twego namawiania, pewnie bym sama była się wprosiła na bryczkę panu Grabowskiemu, ale na parę dni nie było warto, a na cały wrzesień było niepodobnym. Choćby nie do roboty się wziąć, to musiałam przynajmniej zacząć wypoczywać. Już mi tydzień cały upłynął na tym zatrudnieniu, lecz postępów nie widzę. Siedzę po całych dniach w moim pokoiku, chodzę spać o dziewiątej, nie budzę się przed siódmą, czasem i w południe kładę się na wygodną drzemkę, a wszystko niewiele pomaga. Pisać mi trudno, mówić przykro, czytać nudno — och! zmęczyłam się chyba na sto lat. Wszystkie wielkie przyczyny składają się jednak po temu, by mię do pracy pędzić, tylko ani jednej maleńkiej pomocy nigdzie znaleźć nie mogę. Ej! co tam — tak beze mnie, jak i ze mną przy warsztacie.

Pisałam już do Seweryna; ale jak sobie treść listu przypomnę, wcale z niej kontenta nie jestem i on nie będzie kontent. Może później na co zdrowszego się wzmogę. Od Julii była wiadomość z Warmbrunu: dwa tygodnie tam spędziwszy, ma w sobotę już przez Skierniewice przejeżdżać. Skarży się, że była ciągle niedomagającą i że głównie dlatego ku domowi podąża. Obie z Polcią wybieramy się na kwadransowe spotkanie, a że o tym mowa, więc i mojej panienki proszę, żeby mi doniosła bardzo stanowczo o dniu swego przejazdu, życzę jednak, by nie prędko nastąpił. U nas tutaj pogoda i ciepło wzorowe, toż i u was w górach czas być musi dość łagodny; aż mi lżej na sumieniu, gdy sobie pomyślę, że przecież porządniej skończysz niż zaczęłaś tegoroczną kurację. Może na Węgry pojedziecie? byłaby to znowu przeszkoda, choć wyobrażam sobie, że sowicie wynagrodzona. Byle ta zębowa newralgia trochę się uspokoiła! Donieś mi przede wszystkim o swoich zębach, a potem zgadnij, czego też ciekawa jestem? oto twoich lekcyj z Włodziem307 Żałuję, żem się kiedy na podsłuchanie nie zebrała; ciągle mi się to „łatwą jutro” wydało rzeczą i tak uciekło; a pominąwszy, że chciałabym wiedzieć, co ty mu wybrałaś do podania, to jeszcze bardzo dla mnie zajmującym pedagogicznie procesem jest sposób, w jaki on podane przyjmuje — z ową swoją pytającą naturą, z owymi naukowymi gustami. Powiedz, że mu uszanowanie moje przesyłam. Kazika, jeśli pozwoli, uściskaj bardzo mocno za szyję i w oba czarne ślipki pocałuj. Jak będę lepsza, to opowiem Julci, jak mi było dobrze w Ludzimierzu, kiedyć308 zdaje się, że ona o tym nie wie — różne piękne rzeczy jej opowiem — a jak będę dowcipniejsza, to się z panem Adolfem wykłócę i do sądu rady nowotarskiej wystosuję skargę o potwarz lub co najmniej o fałszywe posądzenia. Dzisiaj w zawieszeniu tę sprawę naszą zostawiam, bo właśnie wcale niedowcipną jestem i ciebie także, moja Wando, głupio bardzo żegnam — trochę ze smutkiem, trochę z niecierpliwością, trochę z rezygnacją, ale wyraz prawdziwy i zbiorowy na początku umieściłam. Do widzenia.

N.B. Bardzo się ucieszyłam, że Zosia dla Studencika309 złagodniała — ale czego ona mogła w Cyganku dopatrzyć? Mnie się tylko ciekawym rasowym fenomenem zdawał. Może jest w nim i coś człowieczego do studiowania. Czy on miał władzę przywiązania się? Czy tęschnił po wyjeździe Zosi?

CXLI

[Dębowa Góra] 29 września 1869

Powinnaś się była domyślić, Wando moja kochana, że kiedy po powrocie z Węgier listu ode mnie nie zastałaś, to pewnie dlatego, że nic ważnego ani dobrego do napisania nie miałam. Coraz ciężej, coraz trudniej mi z wszelką korespondencją idzie. Nic nie mam w sobie, ani koło siebie tak ciekawego lub osobliwego, żeby się tym warto było dzielić. Zmartwień, brzydkich i okropnych zmartwień, bardzo wiele; a z tego rodzaju, co się jednak mówić, nawet myśleć o nich nie chce. Podróż mi nie wyszła na dobre, powrót mi nie wyszedł na pociechę, i co ty chcesz, żebym z twoimi czarnymi melancholiami moją hipokondrię mieszała w przydatku. Chciałam się zabrać do pracy, choćby zupełnie mechanicznej, żeby szarym diabłom się opędzić; ale i w tym względzie katar obrzydliwy na przeszkodzie stanął. Trudno mi głowę spuszczoną trzymać, mózg jak pod prasą — słowem głupieję — nudnieję i radzę ci rzuć mię do licha na śmiecie jak starą parę rękawiczek. Pierwej przynajmniej mogłam wierzyć w dobrą wiarę twego złudzenia; ale teraz, ciągle mi coś szepcze do ucha, że się jedynie na wytrwałość zdobywasz — parti pris — żeby ci zmienności w przyjaźniach nie zarzucali — co istotnie z czyjej bądź strony wina, zawsze dla obu równie bywa upakarzającym.

Miałaś czego się dopominać o taki list — wszak prawda?

Szczęśliwej pani Eleonory Zi[emięckiej] już nie zastaniesz, wróciwszy do domu, pewnie się o tym z listów i dzienników dowiedziałaś. Jedna moja siostrzenica zrobiła uwagę, że jakoś w tym czasie wszystkie starsze autorki się wynoszą. Księżna Puzynina, Zamięcka — to prawie z tegoż samego roku co ja drukowane; w końcu sama chyba we dwójkę z ostatnią kontamporenką moją, Szmigielską, zostanę — nie licząc pani Seweryny310, bo ta już za granicą. Juluta moja poczciwa zgłosiła się tu do mnie dobrym słowem, ale jeszcze jej nie odpisałam. Miałam też krótką, serdeczną, uroczystą prawie odpowiedź Seweryna na list, który do niego wyprawiłam. Zaczęłam znowu pisać i przerwałam na trzeciej ćwiartce — nie wiem, kiedy skończę — a jeśli mi z umierającymi tak się łamie rozmowa, niech mię żyjący mają za uniewinnioną. Doszłam kulminacyjnego punktu bezwładności, kiedy nawet potrzeba dowiedzenia się nie wymoże na mnie zapytania. Rozstałam się z Rózią i p. Marcelim w chwili zaciekawiającej. Jak się urządzili z dziećmi — co u nich słychać? wszystko to zdałam leniwie do chwili twego przejazdu i nie tracę nadziei, że się dowiem od ciebie. A może i u Urszulki zabrałabyś dla mnie słówka wiadomości o mojej najlepszej krakowskiej sympatii — o jej bracie — a może i o wszystkich znajomych; lecz jestem taka sumienna, że cię tym jako poleceniem lub wymaganiem nie obarczam: wiem, że sobie nie zasłużyłam — tą kartką lichą, która ci jedynie odbicie wszystkich moich gorzkości na zapas w drogę podaje. Żegnać Ludzimierz, zastać taki list w Krakowie, to już się musi bardzo, bardzo jasnym serdecznym powitaniem opłacić w Warszawie.