— Nie mamy dokąd się przeprowadzić! — krzyczą ludzie. — Dokąd pójdziemy na zimę z dziećmi?!
— Jaka ulica zostaje w getcie, a jaka nie? Nie wiem, czy mieszkam w getcie czy nie?
Na nowym mieszkaniu wita nas słońce. Wyjrzało zza chmur i przegląda się w oknach. Pokój zalany słońcem nie może być brzydki ani smutny. Słoneczko! Jak to ładnie, z twojej strony, że nie przejęłoś się hitlerowskimi zasadami i dla wszystkich jednakowo świecisz.
Pan pułkownik z siostrą, właściciel mieszkania, z którymi dokonaliśmy transakcji zamiennej, oczekuje nas. Podpisujemy umowę o zamianie locum na czas wojny, o zamianie mebli, które oni nam zostawiają, a my im. Pan pułkownik narzeka, że w naszym kąpielowym nie ma gdzie postawić swej marmurowej umywalni.
— Proszę pana — tłumaczę mu — ma pan tam przecież wannę w łazience, więc po co panu ten stary gruchot?
— Ja się do niego przyzwyczaiłem, myję się w nim prawie pięćdziesiąt lat.
Więc już wszystko? Jeszcze węgiel w piwnicy. Zamieniamy nasze 2 tony na 2 tony pułkownika. Ciotka schodzi do piwnicy i wraca zdenerwowana.
— Przecież tam jest tylko trochę miału, nie chcę takiej zamiany!
— Słuchaj — mówi wujek — czy tylko to tracisz, głupia kobieto? Czy jeszcze nie przyzwyczaiłaś się do tego, że musisz być oszukiwana i krzywdzona?
Ale człowiek już taki jest, że musi cały swój ból wyładować i ten właśnie węgiel staje się najważniejszym powodem rozpaczy.