Ale nad tym ziemskim rajem zawisło tajemnicze przeznaczenie. Jedyną troską mieszkańców onych okolic była kwestia zamążpójścia dorastającej królewny, związana najściślej z dalszym istnieniem tych szczęsnych czasów i losami kraju całego. Król starzał się w oczach. I on, jak się zdawało, troska się59 bardzo pytaniem, co najbliższa przyszłość przyniesie, a tymczasem nie było widoków na zamęście, które by odpowiadało życzeniom wszystkich. Cześć głęboka, ugruntowana przez szereg wieków dla domu królewskiego, nie dozwalała żadnemu z poddanych pomyśleć, by mógł posiąść królewnę. Uważano ją za istotę z innego, wyższego świata, a wszyscy synowie królewscy, którzy w małżeńskich zamiarach ukazywali się u dworu, wydali się wszystkim o tyle od niej niższymi, że nikomu na myśl nie przyszło, by król lub królewna zwrócili oczy na którego z nich. Poczucie niedosięgalnych wyżyn, na których młoda dziewczyna stała, odsunęło z wolna wszystkich pretendentów, a rozgłoszona wieść o nadmiernej dumie tej rodziny królewskiej, jak się zdaje, odjęła innym odwagę i napełniła obawą upokorzenia. Wieść ta miała niejakie podstawy. Król, mimo całej swej łagodności, popadł w poczucie takiej dostojności, że wszelka myśl połączenia swej córki z człowiekiem stanu niższego lub niepewnego pochodzenia, stała się mu nieznośna. To samo uczucie egzaltowało60 w jego duszy z dniem każdym wartość córki coraz bardziej. Król sam zresztą pochodził z prastarego, wschodniego rodu królewskiego, a żona jego była ostatnią latoroślą słynnego bohatera Rustana. Pieśniarze nucili mu ciągle o jego pokrewieństwie z dawnymi, nadczłowieczymi władcami świata, w czarodziejskim przeto zwierciadle sztuki rozbłysła jeszcze potężniej gloria jego pochodzenia, dostojność rodu i przepaść się tym czarniejsza rozwarła pomiędzy nim a resztą ludzi. Wydawało mu się, że z ludzkością związany jest jeszcze tylko przez szlachetniejszą nad wszystkie rasę śpiewaków boskich i z utęsknieniem wyglądał pojawienia się drugiego Rustana, bo czuł, że serce jego dorastającej córki, stan kraju i przygniatający go coraz bardziej wiek czynią rychłe zamęście nieodzownym.

Niedaleko od stolicy mieszkał w odosobnionym folwarku starzec, który poświęcił się wyłącznie wychowywaniu jedynego syna, a obok tego udzielał ludziom w nagłych wypadkach pomocy lekarskiej. Młodzieniec był poważny, zamyślony zawsze, a zajmował się z wielkim zamiłowaniem zgłębianiem przyrody, w czym od najmłodszych lat korzystał z nauk ojca. Z oddalonych krajów przed kilkudziesięciu laty przybył ten starzec do kwitnącego królestwa i żył w spokoju, jaki od dworu promieniował po kraju całym. Korzystał z tych pomyślnych warunków, by badać tajniki przyrody i wiadomości nabyte, a tak cudowne, wpoić synowi, którego umysł wybornie je przyjmował. Młodzieniec był z pozoru niepokaźny i zwracał chyba uwagę tego, kto lepiej wpatrzyć się umiał w szlachetne rysy jego twarzy i niezwykle połyskujące, rozumne oczy. Im dłużej nań ktoś patrzył, tym bardziej wydawał się pociągający, a już wprost trudno się było z nim rozstać, gdy posłyszało się jego miły, donośny głos i przekonywający sposób mówienia. Pewnego dnia królewna, której park dotykał lasu otaczającego posiadłość starca położoną na niewielkiej polanie, udała się sama konno na przejażdżkę, by w skupieniu podumać, pomarzyć, powtarzając sobie najpiękniejsze ze słyszanych pieśni. Świeżość lasu zwabiła ją, zapuszczała się coraz głębiej w jego gąszcze, aż wreszcie znalazła się na folwarku, gdzie mieszkał starzec wraz z synem. Poczuła pragnienie i chcąc się napić mleka, zsiadła z konia, przywiązała go do drzewa, po czym udała się do pomieszkania61, by poprosić o napój. Młodzieniec właśnie był obecny62. Przeraził się niemal na widok czarodziejskiego zjawiska, na widok tej dziewczyny strojnej we wszystkie powaby młodości, piękności i tak nieopisanie przejrzystej, jakby nie ludzką istotą była, ale najszlachetniejszą, najniewinniejszą z dusz, mającą w sobie boskość i nieśmiertelność. Podczas kiedy śpieszył, by spełnić prośbę, brzmiącą w jego uszach jak pieśń duchów, starzec wyszedł z pokoju, skłonił się przed nieznajomą i zaprosił ją, by zechciała usiąść przy prostym, stojącym pośrodku izby ognisku, na którym tlały jasno, migotliwie gałęzie. Zaraz od progu zauważyła, że w wypełnionym tysiącem rzadkich przedmiotów domu panował porządek i czystość i że na całości unosiła się jakaś przedziwna dostojność63, świętość nieomal. Wrażenia tego nie osłabił widok starca ubranego w prostą odzież oraz skromnego i przyzwoitego syna. Starzec poznał w niej zaraz osobę należącą do dworu, o czym przekonywał dostatecznie bogaty strój i pełne godności ruchy. Pod nieobecność syna wypytywała go o różne rzadkie okazy, pośród których było kilka szczególnych, starych obrazów, stojących niedaleko jej siedzenia, obok ogniska. Opowiadał ochotnie i objaśniał z wielką, jak zwykle, uprzejmością. Syn powrócił niebawem z dzbanem pełnym świeżego mleka i podał go jej, ruchem niewymuszonym, a pełnym szacunku. Porozmawiawszy długą chwilę z obydwoma, podziękowała bardzo serdecznie za gościnność i poprosiła starca z lekkim rumieńcem na twarzy, by jej wolno było jeszcze przybyć w odwiedziny i skorzystać z ciekawych i zajmujących nauk i opowiadań o tylu pouczających rzeczach. Potem odjechała, nie powiedziawszy, kim jest, gdyż spostrzegła, że syn i ojciec jej nie poznali.

Mimo że stolica leżała tak blisko, obaj, ojciec i syn, zatopieni w swoich badaniach, unikali zgiełkliwości wielkiego miasta i nigdy nie przyszło na myśl młodzieńcowi uczestniczyć w uroczystościach u dworu. Nie opuszczał ojca dłużej jak na godzinę, by pochodzić po lesie za motylami, chrabąszczami i roślinami. Rozmyślał wówczas i zatapiał się badawczym duchem w tajemnice zewsząd go otaczające. Zarówno dla królewny, starca, jak i młodzieńca wydarzenie tego dnia było równej, a wielkiej wagi. Starzec łatwo dostrzegł wrażenie, jakie nieznajoma uczyniła na synu. Znał go dobrze i wiedział, że każde głębokie wrażenie będzie w jego duszy trwałe i niezniszczalne. Młodość i grunt serca jego czyniły pierwsze wrażenie niepokonanym, a stary od dawna spodziewał się, iż nastąpi coś podobnego. Piękność ujmująca dziewczyny mimo woli napełniła go głęboką sympatią, a dobrodusznego umysłu nie zasępiła żadna troska o dalsze losy tego dziwnego spotkania. Królewna nie zaznała dotąd nigdy niczego podobnego. Jechała wolno do domu pod głębokim wrażeniem. Wizja dziwnego, ruchliwego, ćmiącego się64 i rozbłyskającego znowu nieznanego dotąd świata wygnała z jej głowy wszystkie inne myśli. Jakaś tajemnicza zasłona rozpostarła się na jej jasnym zwykle umyśle. Wydawało jej się, że gdyby ją ktoś zerwał, ujrzałaby się nagle w świecie zaziemskim. Wspomnienia poezji, zapełniające dotąd całą jej duszę, brzmiały jak oddalone jakieś, zanikające echa, wiążące jeszcze tylko słabo życie jej obecne z istnieniem dawnym. Powróciwszy do pałacu, przeraziła się niemal wystawności i zgiełku tam panującego, a bardziej jeszcze wychodzącego na jej spotkanie ojca. Widok jego pierwszy raz w życiu napełnił ją trwogą i poczuła, że niepodobieństwem jest opowiedzieć mu o dziwnej przygodzie. Wszyscy byli przyzwyczajeni do jej marzycielskiej zadumy, nie dziwili się spojrzeniu zatopionemu w dali, nie przyszło im też na myśl nic szczególnego. Królewna nie czuła się tu już jak dawniej. Wszyscy poczęli jej się wydawać obcy i aż do wieczora doznawała uczucia zdumienia i strachu, ale gdy wreszcie nadszedł, pod wpływem pieśni śpiewaka, wielbiącego nadzieję i natchnionymi strofami opiewającego cuda wiary w spełnienie pragnień naszych i pożądań, odzyskała odwagę i śniła w nocy rozkosznie. Młodzieniec, gdy tylko odjechała, podążył w las, chyłkiem sunął wzdłuż drogi za nią, aż do bram parku, a potem powrócił z wolna do domu. Idąc drogą, ujrzał, że coś u nóg jego połyska65. Schylił się i podniósł ciemnopurpurowy kamień, po jednej stronie połyskujący bardzo, a po drugiej pokryty rytymi, nieznanymi znakami. Poznał, że jest to drogocenny rubin, karbunkuł66 ogromnej ceny i piękności i przez myśl mu przeleciało, że widział podobny klejnot pośrodku naszyjnika nieznajomej. Pobiegł szybko ku domowi, jakby tam jeszcze była i pokazał kamień ojcu. Postanowili obaj, że syn ma na drugi dzień rano wyjść na drogę wiodącą do zamku i zaczekać, uważając, czy ludzie dworscy nie szukają klejnotu. Jeśli tak będzie, odda im go, w innym wypadku kamień pozostanie u nich w przechowaniu, aż do następnej bytności nieznajomej. Młodzieniec przez całą niemal noc spoglądał na klejnot i uczuł, gdy świtało, niepokonaną chęć napisania na papierze, którym klejnot był owinięty67, kilku słów. Sam sobie nie zdawał dokładnie sprawy, co znaczy nakreślony pospiesznie wiersz:

W kamieniu błyszczą tajemnicze znaki,

Głęboko wryte w czerwień jego krwi.

Wspomnienia dłuto kreśli symbol taki

W sercu, co cuda o nieznanej śni.

Kaskadą iskier czerwonych jak maki

Lśni klejnot, serce światłem przeczuć drży,

W rubinie jaśni68 skrysztalone zorze...