— Daj mi — rzekł — złotą przepaskę z twych włosów, na której wyszyte są niezrozumiałe znaki, jeśli nie jest to pamiątka po rodzicach lub rodzeństwie, a przyjmij w zamian ten oto welon, który matka mi raczy dać.
Ustąpiła wreszcie i dała mu przepaskę, mówiąc:
— Wyszyte jest na niej me imię w rodzinnym mym języku, zrobiłam tę przepaskę sama, dawniej, w szczęśliwszych czasach. Spoglądaj panie na nią łaskawie i pomyśl, że długi czas w niewoli opasywała mi włosy i zblakła wraz ze mną.
Matka Henryka zdjęła welon i okryła nim Zulimę, przyciągnąwszy ją przedtem do siebie i ucałowawszy ze łzami.
Rozdział piąty
Po kilkudniowej podróży przybyli do wsi położonej u stóp stromych pagórków, poprzerywanych głębokimi rozpadlinami. Miejscowość była urodzajna i miła, chociaż grzbiety wzgórz miały wygląd odstraszający, dziki. Gospoda była czysta, ludzie chętni do rozmowy, a tłum ludzi, w części złożony z podróżnych, w części ze zwykłych gospodnich bywalców131, obsiadł stoły. Rozmawiano o różnych rzeczach.
I nasi podróżnicy przyłączyli się do towarzystwa i wzięli udział w rozmowie. Oczy wszystkich kierowały się na starego człowieka siedzącego przy stole, ubranego w strój cudzoziemski. Odpowiadał on chętnie na wszystkie pytania, jakie mu stawiano. Przywędrował z obczyzny, od samego rana rozglądał się ciekawie po okolicy i opowiadał teraz o swych spostrzeżeniach oraz o swym zawodzie. Ludzie nazywali go poszukiwaczem skarbów. On sam wyrażał się o swych wiadomościach i swej zdolności skromnie, ale wszystko, co mówił, brzmiało dziwnie tajemniczo i było nowością dla słuchających. Mówił, iż urodził się w Czechach. Od samej młodości paliła go wielka ciekawość dowiedzenia się, co też ukryte jest we wnętrzu gór, skąd pochodzi woda tryskająca w źródłach i gdzie mieszczą się: złoto, srebro i drogie kamienie, wywierające taki wpływ na ludzi.
W pobliskim kościele klasztornym podziwiał na obrazach i relikwiarzach owe przecudne skamieniałe światła i pragnął bardzo w duszy, by doń przemówiły i wyznały mu tajnię132 swego pochodzenia. Słyszał, jak opowiadano często, że owe drogocenne kruszce i klejnoty pochodzą z bardzo odległych krajów, ale myślał sobie zawsze, czemu by i tutaj ich znaleźć nie było można. Nie darmo tutaj góry tak ogromne, nie darmo tak wysokie i niedostępne. A przy tym, wyznał, tu i ówdzie na wirchach133 napotykał połyskujące kamyki. Spinał się134 gorliwie po skałach, zazierał we wszystkie szczeliny, groty i z ogromną rozkoszą rozglądał się po przedwiecznych jaskiniach i sklepieniach wykutych ręką natury. Raz wreszcie spotkał podróżnego i ten mu powiedział, że powinien zostać górnikiem, a wtedy zaspokoi swą ciekawość. W Czechach, mówił podróżny, jest wiele kopalń. Niech tylko idzie z biegiem rzeki, a po dziesięciu lub dwunastu dniach dojdzie do Eula. Tam, niech tylko powie, że chętnie przystałby do górników. Nie dał sobie tego dwa razy mówić i zaraz następnego dnia udał się w drogę.
— Po uciążliwej, wielodniowej wędrówce — ciągnął dalej — znalazłem się w Eula. Nie mogę wam opisać, z jaką radością ze szczytu jednego wzgórza dojrzałem sterty kamieni przerośnięte krzewami, na nich chaty z desek i płynące z doliny, ponad lasy wstęgi dymów. Odległy łoskot podniecił jeszcze mą niecierpliwość i wnet z cichą w duszy modlitwą stanąłem na jednym takim kopcu, a u nóg mych widniał głęboki czarny otwór, wiodący stromo w dół. Zbiegłem w dolinę i napotkałem niebawem kilku czarno ubranych ludzi niosących lampy. Domyśliłem się, że są to górnicy i drżącym głosem przedłożyłem im mą prośbę. Wysłuchali mnie życzliwie i odpowiedzieli, bym się udał do huty, gdzie topią rudę i zapytał o starszego sztygara, który tutaj jest naczelnikiem i mistrzem. On już mi da odpowiedź, czy mogę zostać przyjęty. Wyrazili mniemanie, że życzenie moje spełni się i nauczyli mnie górniczego pozdrowienia „Glück auf135!”, którym mam powitać sztygara. Pełen radosnych nadziei poszedłem we wskazanym kierunku, powtarzając sobie bez końca owo pełne znaczenia pozdrowienie. Ujrzałem starego, czcigodnego człowieka. Przyjął mnie bardzo łaskawie, i gdym mu opowiedział me dzieje, wyraził wielką, od dawna żywioną ochotę wyuczenia się rzadkiego, a tajemniczego kunsztu górniczego, zgodził się spełnić moje pragnienie. Zdawało mi się, iż mu się spodobałem. Zatrzymał mnie u siebie w domu. Nie mogłem doczekać się chwili, w której zjadę do szybu, przybrany w piękny ubiór. Tego samego jeszcze wieczora przyjaciel mój nowy przyniósł mi ubranie i zaznajomił z użyciem kilku narzędzi, które miał w komorze.
Wieczór zeszli się136 doń górnicy. Słuchałem uważnie rozmów, chociaż wiele słów brzmiało mi obco i niezrozumiale, niestety stanowiły one główną treść pogadanki137. To jednak, niewiele, com zrozumieć zdołał, podnieciło jeszcze mą ciekawość i w nocy śniło mi się w sposób dziwaczny a tajemniczy. Zerwałem się rano i ujrzałem, że chata mego gospodarza napełniona była górnikami, którzy tu się zeszli, by wysłuchać jego rozkazów. Sąsiednia izba zamieniona była w kaplicę. Przyszedł zakonnik, odprawił mszę, a potem odmówił modlitwę, w której błagał Boga, by miał górników w swej świętej opiece, by wspierał ich w niebezpiecznej pracy, strzegł przed napaściami i podstępem złych duchów, a w końcu, by raczył obdarzyć ich bogatym plonem pracy.