Ciało moje starły w pył,
Lecz duch się już z duchy brata171...
W jasnym niebie będzie żył.
Kiedy wątłą nić żywota
Przetnie kiedyś śmierci miecz...
Idąc, kędy jutrznia złota,
Wdzięczny, jeszcze spojrzę wstecz.
Radosne zdumienie opanowało wszystkich i zapragnęli odszukać śpiewaka. Po chwili natrafili na chodnik biegnący w dół, u jednej z bocznych ścian. Niebawem dojrzeli wydrążenie. Rozszerzało się coraz bardziej, w miarę jak szli naprzód. Oczom ich ukazała się w końcu jaskinia, jeszcze większa od obu poprzednich, a w głębi tej jaskini postać ludzka siedziała, pochylona nad olbrzymią taflą kamienną zastępującą stół. Na stole leżała wielka książka, w której siedzący czytał172 pilnie.
Zwrócił się w ich stronę, powstał i postąpił kilka kroków naprzeciw. Był to mężczyzna. Wieku jego rozpoznać nie było można. Nie wyglądał ani staro, ani młodo, żadnych nie dostrzegało się na nim innych znamion czasu, prócz siwych włosów, co rozdzielone na środku głowy, spadały na skronie. W oczach błyszczała niewysłowiona wesołość, jakby spoglądał z wysokiej góry na świat o godzinie czarownej, w której wiosna powraca. Do nóg miał przywiązane podeszwy i zdawało się, iż nie posiada innego ubrania, prócz płaszcza fałdzistego, który spływając z ramion, czynił wyniosłą, szlachetną postać jeszcze smuklejszą. Nie wydawał się zdziwionym niespodzianą wizytą, pozdrowił wszystkich jak znajomych, jak gości z dawna oczekiwanych we własnym mieszkaniu.
— Bardzo się cieszę — mówił — żeście przyszli. Jesteście pierwszymi ludźmi, których tutaj widzę, choć mieszkam w jaskini od bardzo dawna. A to ładnie, więc ludzie poczynają badać skrzętniej tę naszą przecudną ziemską siedzibę.