— Zaraz widać — odparł dziadek — że przybywasz z Północy. No, no, już my cię tu rozśmielimy187. Nauczysz się niezadługo zaglądać kobietom w piękne oczka.

Tymczasem ukończyli się przebierać i powrócili do sali. Przygotowano właśnie ucztę. Stary Schwaning powiódł Henryka do Klingsohra i opowiedział mu, jak Henryk zaraz go spostrzegł i wyraził gorące pragnienie znów go ujrzeć i poznać bliżej. Chłopak zmieszał się. Klingsohr jednak począł zaraz z nim rozmawiać uprzejmie o kraju ojczystym i podróży. Słowa jego brzmiały tak życzliwie, że Henryk przyszedł wnet do siebie i począł rozmawiać swobodnie. Po niejakim czasie powrócił Schwaning, wiodąc za rękę piękną Matyldę.

— Bądź łaskawa — rzekł do niej — dla mego wnuka i daruj mu, że pierwej zwrócił uwagę na twego ojca niż na ciebie. Twoje oczęta błyszczące dobiorą się już do jego serca, jestem tego pewny. W ojczyźnie jego wiosna nastaje późno.

Henryk i Matylda zarumienili się. Spoglądali na siebie z podziwem. Spytała go cicho, ledwie dosłyszalnie, czy lubi tańczyć. Właśnie gdy odpowiadał potakująco, zabrzmiała skoczna muzyka. Podał jej w milczeniu rękę, wyciągnęła doń swoją i wmieszali się w tłum walcujących. Schwaning i Klingsohr przyglądali się. Matka i kupcy radowali się zręcznością Henryka i widokiem ślicznej jego tancerki. Matka zwłaszcza nie mogła dosyć nagadać się z przyjaciółkami, które jej winszowały tak dobrze wychowanego i obiecującego syna. Klingsohr rzekł do Schwaninga:

— Wnuk wasz ma wyraz twarzy pociągający. Czuję, że dusza jego jest czysta, a umysł gibki, słowa jego idą wprost z serca.

— Mam nadzieję — odparł Schwaning — że będziecie mieli w nim pojętnego ucznia. Mnie się zdaje, że ma zdolności poetyckie. Kierujcie nim. Podobny zresztą zupełnie do swego ojca, tylko wydaje mi się nie tak gwałtowny i uparty. I ojciec jego w młodych latach miał wielkie zdolności. Jeno brakło mu wolnomyślności, mógłby był też zostać czymś więcej jak188 zdolnym majstrem.

Henryk pragnął, by taniec nie skończył się nigdy. Z rozkoszą spoczywały jego oczy na różach, w które przybrana była tancerka. Niewinne jej oczy nie unikały go. Wydawała się duszą ojca wcieloną w cudną postać dziewczęcą. Z jej wielkich, spokojnych oczu przezierała wieczysta wiosna serca. Na tle jasnoszafirowym lśnił łagodny blask jej spojrzenia. Czoło i nos były cudnie modelowane. Podobna była do smukłej lilii pochylonej w stronę, kędy wschodzi słońce. Na białej szyi przeświecały szafirowe żyłki, a policzki okryły się lekkim rumieńcem. Głos jej był jakby echo dalekie, a głowa, otoczona zwojami kręcących się włosów, zdawała się falować ponad jej postacią.

Wniesiono półmiski, taniec przerwano. Starsi obsiedli jedną stronę stołu, młodzi drugą.

Henryka posadzono obok Matyldy. Młoda kuzynka siadła po jego drugiej stronie, a Klingsohr umieścił się naprzeciwko. O ile Matylda mówiła niewiele, o tyle gadatliwa była Weronika, druga jej sąsiadka. Poczęła go od razu traktować jak dobrego znajomego i zaznajomiła wnet z całym towarzystwem. Henryk nie dosłyszał wielu rzeczy z tego, co mówiła. Myślą był jeszcze ciągle przy swej tancerce i byłby się chętnie częściej zwracał na prawo. Klingsohr wreszcie położył koniec jej paplaniu. Spytał Henryka, co znaczy wyglądająca mu z kieszeni wstążka z dziwacznymi znakami. Henryk opowiedział o Arabce z wzruszeniem w głosie. Matylda płakała, a on sam ledwie zdołał powstrzymać łzy. Począł z nią o tym rozmawiać. Wszyscy mówili z ożywieniem. Weronika rozgadała się ze znajomymi, często wybuchając śmiechem. Matylda poczęła potem opowiadać Henrykowi o Węgrzech, gdzie jej ojciec bawił często i o życiu w Augsburgu. Wszyscy zabawiali się wesoło. Muzyka grała, płosząc etykietalność i zachęcając do żartów i swobody. Kwiaty rozstawione w koszach pachniały, a pomiędzy nie i półmiski przemykało się wino, wstrząsało złote skrzydła i zasłaniało świat różnobarwnymi tapetami. Henryk poznał teraz, co to jest uczta. Wydało mu się, że tysiące roześmianych duchów otacza stół, sympatyzuje z wesołymi ludźmi, żyje ich radością i upaja się ich rozkoszą. Użycie189 zjawiło się przed jego oczyma, jak rozśpiewane drzewo pełne złotych, brzmiących owoców. Zło znikło i wydało się chłopcu niepodobieństwem, by kiedykolwiek człowiek mógł odwrócić się od tego cudownego drzewa, sięgnąć po zatruty owoc poznania, zwrócić się do wojny i nienawiści. Pojął teraz istotę wina i potraw. Smakowały mu bardzo. Niebiańska przyprawa czyniła je wyśmienitymi, a w kielichu perliło się piękno życia ziemskiego. Kilka dziewcząt przyniosło Schwaningowi wieniec ze świeżych kwiatów. Ucałował je, wieniec włożył na głowę i rzekł:

— Przynieście też wieniec Klingsohrowi, a w podzięce zaśpiewamy wam kilka nowych piosnek. Moją sprezentuję wam niezwłocznie.