— Jechaliśmy prawie bez przerwy cudną drogą.
— I twoje miasto ojczyste pewnie pięknie położone?
— Okolica jest dosyć urozmaicona, ale dosyć tam dziko i nade wszystko brak rzeki. Woda to oko krajobrazu.
— Opowiadanie twe wczorajsze o podróży — rzekł Klingsohr — zajęło mnie bardzo. Zauważyłem, że towarzyszem twoim była poezja. Współpodróżni twoi i ludzie napotykani nieświadomie byli jej narzędziami. W pobliżu poety wszystko staje się poezją. Ojczyzna poezji, Wschód romantyczny, powitał cię smętnym uśmiechem, przemówiła do ciebie wojna swym dzikim, wspaniałym językiem, a przyroda i historia zjawiły ci się pod postacią górnika i pustelnika.
— Zapominasz drogi mistrzu o najlepszej rzeczy, o niebiańskiej zjawie miłości. Zależy już tylko od ciebie, by owo zjawisko nie odbiegło mnie nigdy.
— Cóż myślisz — rzekł Klingsohr, zwracając się do Matyldy, która właśnie się zbliżała — czy masz wolę zostać dozgonną towarzyszką Henryka?
— Gdzie ty będziesz, będę i ja. — Matylda przeraziła się i padła w objęcia ojca. Henryk drżał z ogromnej radości. — Czy on zechce tylko mi wiecznie towarzyszyć drogi ojcze? — rzekła.
— O to, to już spytaj go sama — odrzekł wzruszony Klingsohr. Spojrzała na Henryka z miłością.
— Wieczność moja to twoje dzieło! — wykrzyknął Henryk, a łzy potoczyły mu się po policzkach. Objęli się, a Klingsohr otoczył oboje ramieniem.
— Dzieci moje — zawołał — dochowajcie sobie wiary aż do grobu! Miłość i wierność uczynią wam całe życie poematem.