Opisałem to tak, jakbym był pewien, że te potężne światy w rzeczywistości były szalone, że stanowiły aberrację linii rozwoju umysłowego i duchowego. Ich tragedia leży jednak w tym, że choć dla swych przeciwników zdawały się albo szalone, albo niegodziwe, same dla siebie były wyjątkowo trzeźwe na umyśle, praktyczne i pełne cnót. W pewnych chwilach również my, zdumieni odkrywcy, niemal dawaliśmy się przekonać, że taka właśnie jest prawda. Nasz intymny kontakt z nimi dawał nam wgląd, że tak powiem, w wewnętrzną trzeźwość ich szaleństwa lub w jądro prawości w ich niegodziwości. To szaleństwo lub niegodziwość opiszę w znanych ludzkości kategoriach, ale prawda jest taka, że w pewnym sensie było to nadludzkie, jako że stanowiło wypaczenie czegoś, co wykraczało poza ludzki rozsądek i cnotę.

Gdy jeden z tych „szalonych” światów napotykał świat zdrowy na umyśle, szczerze wyrażał swoje rozsądne i życzliwe intencje. Pragnął jedynie nawiązania stosunków kulturowych i być może współpracy gospodarczej. Krok po kroku zjednywał sobie szacunek tej drugiej cywilizacji dzięki swojej solidarności, wspaniałemu porządkowi społecznemu i dynamicznemu spełnianiu swych celów. Każdy świat uznawał ten drugi za szlachetny, choć być może obcy i częściowo niezrozumiały instrument ducha. Ale z czasem normalny świat zaczynał zdawać sobie sprawę, że w kulturze „szalonego” świata istniały pewne subtelne, a jednocześnie powszechne elementy, które zdawały się całkowicie fałszywe, bezlitosne, agresywne i wrogie dla ducha, a przy tym stanowiły dominujące motywy jego stosunków międzyplanetarnych. Tymczasem „szalony” świat dochodził do smutnego wniosku, że drugiemu zupełnie brakuje wrażliwości, że jest on ślepy na najwyższe wartości i bohaterskie cnoty, że całe jego życie jest w rzeczywistości zepsute, a więc musi, dla swego dobra, ulec zmianie lub nawet zniszczeniu. Każdy z tych światów ze smutkiem potępiał więc ten drugi. Jednakże szalony świat wcale się tym nie zadowalał, ale atakował ze świętym zapałem, próbując zniszczyć zgubną kulturę drugiego czy nawet zgładzić jego populację.

Łatwo jest mi teraz, już po fakcie, po ostatecznym duchowym upadku tych szalonych światów potępić je jako dewiantów, ale na wczesnych etapach swego dramatu często z trudem przychodziło nam stwierdzenie, która ze stron jest zdrowa na umyśle.

Niektóre z tych szalonych światów przepadły w wyniku błędów w nawigacji. Inne, nadwyrężone przez wieki skupienia całej nauki na jednym celu, popadały w nerwicę społeczną i wojny domowe. Niektóre jednak skutecznie osiągały swoje cele i po tysiącach lat podróży były w stanie dotrzeć do sąsiednich układów planetarnych. Najeźdźcy byli często zdesperowani, jako że zwykle zdążyli już zużyć większość materii swych małych, sztucznych słońc. Kwestie ekonomiczne zmusiły ich do racjonowania ciepła i światła na tyle, że gdy w końcu odkrywali odpowiedni układ planetarny, ich ojczysty świat był niemal w pełni arktyczny. Po przybyciu początkowo zajmowali pozycję na orbicie i być może przez kilkaset lat odzyskiwali siły. Następnie eksplorowali sąsiednie światy, szukali najbardziej gościnnych z nich i zaczynali dostosowywać do nich siebie lub swoich potomków. Jeśli, jak często się zdarzało, któraś z planet była już zamieszkana przez inteligentne istoty, przybysze prędzej czy później wchodzili z nimi w konflikt albo z przyziemnych powodów, by wykorzystać zasoby planety, albo, bardziej prawdopodobnie, z uwagi na obsesję na punkcie propagowania własnej kultury. Misja cywilizacyjna, która stanowiła rzekomą motywację ich bohaterskiej wyprawy, stawała się bowiem już wtedy bezwzględnym natręctwem. Nie byli zdolni do uzmysłowienia sobie, że miejscowa cywilizacja, choć mniej rozwinięta, mogła lepiej odpowiadać potrzebom tubylców. Nie zdawali sobie też sprawy, że ich własna kultura, dawniej stanowiąca wytwór wspaniale przebudzonego świata, mogła, mimo mocy mechanicznej i szalonego religijnego zapału, podupaść i znaleźć się pod względem życia umysłowego poniżej prostej kultury tubylców.

Widzieliśmy wiele rozpaczliwych prób obrony ze strony światów znajdujących się ledwie na poziomie Homo sapiens przed rasami szalonych nadludzi, uzbrojonych nie tylko w niezwyciężoną moc energii subatomowej, ale także w wyższy intelekt, szerszą wiedzę i fanatyczne oddanie sprawie, a także mających ogromną przewagę związaną z tym, że wszyscy uczestniczyli w zjednoczonym umyśle swojego gatunku. Choć ceniliśmy wówczas przede wszystkim rozwój umysłowy i dlatego faworyzowaliśmy początkowo przebudzonych, ale wypaczonych najeźdźców, wkrótce podzieliliśmy się w tej kwestii, a następnie niemal wszyscy stanęliśmy po stronie tubylców, mimo ich barbarzyńskiej kultury. Mimo ich głupoty, ignorancji i przesądów, ich niekończących się bratobójczych konfliktów, tępoty duchowej i ordynarności, widzieliśmy w nich moc, którą porzucili ich przeciwnicy, naiwną, lecz zrównoważoną mądrość, zwierzęcy spryt, duchową obietnicę. Przybysze zaś, choć genialni, byli w rzeczy samej dewiantami. Stopniowo zaczęliśmy postrzegać ten konflikt jako walkę nieokrzesanego, ale obiecującego urwisa z atakującym go uzbrojonym maniakiem religijnym.

Gdy najeźdźcy wyzyskali każdy świat w nowo znalezionym układzie planetarnym, znów zaczynali odczuwać zew prozelityzmu. Wmawiając sobie, że ich obowiązkiem jest rozszerzenie ich religijnego imperium na całą galaktykę, wkrótce wysyłali kilka planet w kosmos z załogami pionierów albo z religijnym oddaniem rozpraszali cały układ planetarny. Czasami w swoich podróżach natykali się na inną rasę szalonych nadludzi. Następowała wtedy wojna, w której jedna lub druga strona, a czasami i obie, ulegały zagładzie.

Czasem wędrowcy natykali się na światy znajdujące się na zbliżonym poziomie, które jednak nie pogrążyły się w manii budowy imperium religijnego. Wtedy tubylcy, choć z początku witali przybyszów z uprzejmością i sympatią, stopniowo zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia z szaleńcami. Wkrótce więc sami pospiesznie skupiali swoją cywilizację na sztuce wojennej. Ostateczny wynik zależał od tego, która ze stron opracowała lepszą broń i wykazała się większą przebiegłością, ale wojny były długie i przygnębiające, a tubylcy, nawet jeśli zwyciężyli, mogli okazać się na tyle okaleczeni umysłowo przez epokę wojen, że nigdy nie odzyskiwali duchowej równowagi.

Światy, które pogrążały się w manii religijnego imperializmu skupiały się na podróżach międzygwiezdnych na długo zanim zmuszały je do tego czynniki ekonomiczne. Co przytomniejsze z kolei często prędzej czy później docierały do punktu, w którym dalszy rozwój materialny i wzrost liczby ludności nie były konieczne dla postępu umysłowego. Zadowalały się pozostaniem w granicach rodzimych układów planetarnych, w stanie gospodarczej i społecznej stabilności. Były więc w stanie skupić intelekt na telepatycznej eksploracji wszechświata. Kontakt telepatyczny między światami stawał się coraz bardziej precyzyjny i stabilny. Galaktyka wyłoniła się z pierwotnego stanu, w którym każdy świat pozostawał odizolowany od pozostałych. Podobnie jak przedstawiciele Homo sapiens doświadczają tego, że Ziemia staje się coraz „mniejsza”, niczym dawniej jeden kraj, w tym krytycznym okresie życia galaktyki „kurczyła się” ona do rozmiarów świata. Światoumysły, które odnosiły największe sukcesy na polu eksploracji telepatycznej opracowały wówczas dość dokładną „mapę mentalną” całej galaktyki, choć wciąż istniała pewna liczba ekscentrycznych światów, z którymi nie udało się nawiązać trwałego kontaktu. Istniał też jeden bardzo zaawansowany układ światów, które w tajemniczy sposób zniknęły z telepatycznej wspólnoty. Więcej o nim opowiem później.

Zdolności telepatyczne szalonych światów i układów znacznie wówczas osłabły. Choć często znajdowały się pod zdalną obserwacją bardziej dojrzałych światoumysłów i czasami nawet pod ich delikatnym wpływem, same były na tyle pełne błogiego samozadowolenia, że nie obchodziła ich eksploracja życia umysłowego galaktyki. Wystarczającym sposobem porozumienia z resztą wszechświata były dla nich fizyczne podróże i święta potęga ich imperium.

Z czasem pojawiło się kilka wielkich zwaśnionych imperiów szalonych światów, z których każde twierdziło, że powierzono mu jakiegoś rodzaju świętą misję zjednoczenia i przebudzenia całej galaktyki. Różnice między ich ideologiami były niewielkie, ale zwalczały się nawzajem z religijnym ferworem. Powstawszy w odległych od siebie regionach, imperia te z łatwością podbiły wszelkie słabiej rozwinięte światy, które leżały w ich zasięgu. Szerzyły swoją władzę od jednego układu planetarnego do kolejnego, aż w końcu zetknęły się ze sobą nawzajem.