Nastąpiły wtedy wojny, jakich wcześniej nie widziała jeszcze galaktyka. Całe floty światów, naturalnych i sztucznych, manewrowały pośród gwiazd, usiłując przechytrzyć się nawzajem i niszczyły się wzajemnie z użyciem dalekosiężnych strumieni energii subatomowej. W miarę jak wojna ogarniała coraz większe połacie przestrzeni, zagładzie ulegały całe układy planetarne. Wiele światoumysłów spotykał wówczas nagły koniec. Liczne niższe gatunki, które nie brały udziału w walce, padły ofiarą niebiańskich bitew toczących się wokół.
Galaktyka była jednak tak rozległa, że te bitwy między światami, choć straszliwe, z początku można było uznać za rzadkie wypadki, jedynie niefortunne epizody triumfalnego marszu cywilizacji. Ale choroba szerzyła się. Coraz więcej przytomnych światów, atakowanych przez szalone imperia, skupiało się na obronie militarnej. Słusznie uznały, że doszło do sytuacji, w której opór bez użycia siły nie wystarczy, jako że wróg, w odróżnieniu od jakiejkolwiek możliwej grupy ludzi, był już tak gruntownie pozbawiony „człowieczeństwa”, że uodpornił się na współczucie. Mylili się jednak myśląc, że zbrojenia ich ocalą. Choć w owych wojnach obrońcy ostatecznie zwyciężali, walki były zwykle tak długie i niszczycielskie, że dochodziło do nieodwracalnych strat natury duchowej.
Dalsza, być może najbardziej niszczycielska faza życia naszej galaktyki przypominała mi niestety stan niepokoju i oszołomienia, który pozostawiłem za sobą na Ziemi. Krok po kroku całą galaktykę, o średnicy około dziewięćdziesięciu tysięcy lat świetlnych, zawierającą ponad trzydzieści miliardów gwiazd i (do tej pory) ponad sto tysięcy układów planetarnych zamieszkiwanych przez tysiące inteligentnych ras, paraliżował strach przed wojną i co jakiś czas dotykał jej wybuch.
W jednej kwestii jednak stan galaktyki był znacznie bardziej rozpaczliwy niż stan naszego świata. Żaden z naszych narodów nie stanowi przebudzonej nadistoty. Nawet te z ludów, które cierpią na manię mentalności stadnej składają się z jednostek, które w życiu prywatnym zachowują trzeźwość myślenia. Zmiana sytuacji może sprawić, że być może staną się mniej szalone. Albo zręczna propaganda idei ludzkiej jedności może przeważyć szalę. Ale w tej ponurej dla galaktyki epoce obłąkane światy oszalały aż po same fundamenty swego istnienia. Każdy z nich stanowił nadistotę, której cała konstrukcja fizyczna i umysłowa, łącznie z ciałami i umysłami jej poszczególnych członków, skupiała się na maniakalnym celu. Wyglądało na to, że nie ma możliwości przekonania zdegenerowanych jednostek, by zbuntowały się przeciwko świętej i szaleńczej misji swej rasy większej niż możliwość przekonania do tego poszczególnych komórek mózgowych maniaka.
Żyć w tamtych dniach na jednym z przytomnych i przebudzonych światów, choć nie tych najwyższego porządku, oznaczało czuć (czy też „oznaczać będzie czuć”), że galaktyka chwieje się w posadach. Te przeciętne przytomne światy zorganizowały się w ligę, by odeprzeć agresję, ale jako że były znacznie mniej rozwinięte militarnie niż szalone światy i znacznie mniej skłonne do narzucania swym mieszkańcom militarnego despotyzmu, wróg miał nad nimi przewagę.
Wróg był też teraz zjednoczony, ponieważ jednemu imperium udało się przejąć całkowitą kontrolę nad pozostałymi i zarazić wszystkie szalone światy jednakową pasją religijnego imperializmu. Choć „zjednoczone imperia” szalonych światów obejmowały tylko mniejszą część planet galaktyki, zdrowe duchowo światy nie miały szans na szybkie zwycięstwo, były bowiem rozproszone i mniej wprawne w boju. Tymczasem wojna szkodziła życiu umysłowemu członków samej ligi. Okropieństwa wojny zaczynały wypierać z ich umysłów wszystkie bardziej subtelne, wyższe cechy. Stawali się w coraz mniejszym stopniu zdolni do osobistych relacji i rozwoju kulturowego, co nadal z tęsknotą wspominali jako prawdziwe życie.
Znaczna większość światów ligi, znalazłszy się w pułapce, z której, wydawałoby się, nie ma ucieczki, zaczęła czuć, że duch, którego miała za boski, ten, który szuka prawdziwej wspólnoty i prawdziwego przebudzenia, nie był predestynowany do zwycięstwa i nie stanowił zatem podstawowego ducha kosmosu. Mawiano, że wszystkim rządzi ślepy przypadek albo może diabelska inteligencja. Niektórzy zaczynali uważać, że Sprawca Gwiazd tworzył zaledwie dla żądzy niszczenia. Przygnębieni tym straszliwym przypuszczeniem sami zaczęli pogrążać się w szaleństwie. Z przerażeniem wyobrażali sobie, że wróg rzeczywiście, jak sam twierdził, stanowi narzędzie boskiego gniewu, karzące ich za bluźnierczą wolę przemiany całej galaktyki, całego kosmosu, w raj szlachetnych i w pełni przebudzonych istot. Pod wpływem tego narastającego poczucia ostatecznej szatańskiej mocy i jeszcze bardziej druzgocącego zwątpienia w prawość własnych ideałów, członkowie ligi pogrążyli się w rozpaczy. Niektórzy poddali się wrogowi. Inni ulegli wewnętrznym waśniom, tracąc jedność umysłową. Zdawało się, że wojna światów skończy się zwycięstwem szaleństwa. I tak właśnie by się stało, gdyby nie interwencja tej odległej, wybitnej grupy światów, które dawno temu wycofały się z telepatycznej wspólnoty z resztą galaktyki. Był to zbiór światów, które zbudowały w czasie wiosny galaktyki symbiotyczne ichtioidy i arachnoidy.
3. Kryzys w historii galaktyki
Przez cały ten okres imperialnej ekspansji garstka światów wysokiego rzędu, choć mniej przebudzonych niż symbionty z subgalaktyki, przyglądała się z daleka tym wydarzeniom. Widziały, jak granice imperium stale rozszerzają się w ich kierunku i wiedzieli, że same wkrótce się z nim zetkną. Dysponowały wiedzą i mocą, by pokonać wroga w walce, otrzymywali rozpaczliwe prośby o pomoc, ale nie robiły nic. Były to światy zorganizowane w pełni na rzecz pokoju i aktywności przystającej do przebudzonego świata. Wiedziały, że jeśli przebudowałyby całą swoją strukturę społeczną i przekierowały umysły, mogłyby zapewnić sobie militarne zwycięstwo. Wiedziały też, że ochronią w ten sposób wiele światów przed podbojem, przed uciskiem i możliwym zniszczeniem tego, co w nich najlepsze. Wiedziały też jednak, że przebudowując się w celu rozpaczliwej walki i porzucając na cały okres konfliktu wszelką właściwą im aktywność, same — bardziej niż wróg — zniszczyłyby w sobie tym sposobem wszystko co najlepsze, zamordowałyby to, co uważały za najważniejsze w galaktyce. Odrzuciły więc walkę militarną.
Gdy w końcu jeden z tych bardziej rozwiniętych układów gwiezdnych zetknął się z szalonymi fanatykami religijnymi, jego mieszkańcy powitali przybyszów, dostosowując orbity planet, by zrobić miejsce dla nowo przybyłych i skłonili ich do osiedlenia części swojej populacji na ich światach, w sprzyjających warunkach klimatycznych. Jednocześnie w sekrecie, stopniowo poddawali całą szaloną rasę, dzięki mocy całego układu planetarnego, telepatycznej hipnozie tak silnej, że jej wspólny umysł uległ zupełnej dezintegracji. Najeźdźcy stali się zaledwie nieskoordynowanymi jednostkami, jakie znamy z Ziemi. Byli teraz oszołomieni, krótkowzroczni, skłóceni wzajemnie, skupieni na sobie samych i nie kierował nimi żaden wyższy cel. Żywiono nadzieję, że gdy zniszczeniu ulegnie szalony umysł wspólnoty, poszczególni członkowie gatunku wkrótce otworzą oczy i serca na szlachetniejsze idee. Niestety zdolności telepatyczne bardziej rozwiniętej rasy nie wystarczyły, by dotrzeć do pogrzebanego głęboko ducha tych istot, by dać mu powietrze, ciepło i światło. Jako że indywidualistyczna natura tych żałosnych jednostek była produktem szalonego świata, okazały się niezdolne do wybawienia, do utworzenia zdrowej społeczności. Odizolowano więc najeźdźców, by sami odnaleźli swoje przeznaczenie poprzez ery plemiennych waśni i upadku kulturowego, co zakończyło się wymarciem tych niezdolnych do przystosowania się do nowych okoliczności istot.