Gdy uniknięto w ten sposób kilku kolejnych inwazji, wśród światów szalonych, zjednoczonych imperiów pojawiła się tradycja głosząca, że pewne pozornie pokojowe światy były w rzeczywistości groźniejsze niż wszyscy inni wrogowie, jako że najwyraźniej dysponowały dziwną mocą „zatruwania duszy”. Imperialiści postanowili unicestwić tych straszliwych przeciwników. Siły najeźdźców miały unikać wszelkiego kontaktu telepatycznego i roznieść wroga na strzępy ze znacznej odległości. Najłatwiej było to zrobić poprzez wysadzenie słońca skazanego na zgubę układu. Pod wpływem silnego promieniowania atomy fotosfery zaczynały rozpadać się i rozprzestrzeniająca się furia wkrótce zmieniała gwiazdę w wybuchającą nową, pochłaniającą wszystkie planety.
Przyszło nam być świadkami niezwykłego spokoju, a nawet egzaltacji i radości, z jaką światy te przyjęły perspektywę unicestwienia zamiast zniżenia się do oporu. Później obserwowaliśmy dziwne wydarzenia, które ocaliły naszą galaktykę przed katastrofą, ale najpierw wydarzyła się tragedia.
Z naszych punktów obserwacyjnych w umysłach napastników i obrońców przyglądaliśmy się nie raz ale trzykrotnie rzezi ras szlachetniejszych niż którekolwiek do tej pory napotkane przez dewiantów, których naturalny poziom umysłowy był niemal tak samo wysoki. Trzy światy, czy raczej układy światów, każdy zamieszkany przez różnorodne, wyspecjalizowane rasy, uległy unicestwieniu. Z trzech skazanych na zagładę planet patrzeliśmy jak słońce gwałtownie wybucha, rosnąc z godziny na godzinę. Czuliśmy poprzez ciała gospodarzy rosnący upał i przez ich oczy widzieliśmy oślepiające światło. Patrzyliśmy, jak rośliny więdną, a morza zaczynają wysychać. Czuliśmy i słyszeliśmy furię huraganów, które niszczyły wszelkie budynki i rzucały na wszystkie strony ich ruinami. Z trwogą i zdumieniem doświadczaliśmy odrobiny tej egzaltacji i wewnętrznego spokoju, z jakim skazane na śmierć anielskie ludy oczekiwały na swój los. To właśnie to doświadczenie boskiego uniesienia dało nam pierwszy jasny wgląd w najbardziej uduchowione podejście do losu. Cielesna męczarnia wkrótce stała się dla nas nie do zniesienia i musieliśmy wycofać się z tych męczenniczych światów. Pozostawiliśmy za sobą jednak ginące populacje przyjmujące nie tylko tę torturę, ale i zagładę ich wspaniałej społeczności, z jej nieskończonymi nadziejami, przyjmujące tę gorycz tak, jakby nie była śmiertelna, ale stanowiła eliksir nieśmiertelności. Dopiero niemal u kresu naszej przygody przez chwilę pojęliśmy pełne znaczenie tej ekstazy.
Dziwiło nas niepomiernie, że żadna z tych trzech ofiar nie czyniła żadnych prób obrony przed atakiem. Ani jeden mieszkaniec żadnego z tych światów nie rozważał nawet przez chwilę takiej możliwości. W każdym przypadku postawa względem tej katastrofy wyrażała się w podobny sposób: „Odwet oznaczałby nieodwracalne zranienie ducha naszej wspólnoty. Zamiast tego wolimy zginąć. Wątek duchowy, który stworzyliśmy musi nieuchronnie zakończyć się przedwcześnie, czy to z uwagi na bezwzględność napastników, czy też przez naszą zbrojną odpowiedź na atak. Lepiej jest ulec zniszczeniu niż triumfować zabiwszy ducha. Osiągnęliśmy piękny poziom duchowości i jest ona nieodwracalnie wpleciona w tkaninę kosmosu. Umieramy, chwaląc wszechświat, w którym osiągnięcie takie jak nasze mogło przynajmniej zaistnieć. Umieramy, wiedząc, że obietnica dalszej chwały żyć będzie dalej w innych galaktykach. Umieramy, chwaląc Sprawcę Gwiazd i Gwiazd Niszczyciela.
4. Triumf w subgalaktyce
Dopiero po zniszczeniu trzeciego układu planetarnego, gdy czwarty przygotowywał się na własną zagładę, zdarzył się cud, czy też coś co na cud zakrawało, zmieniając cały bieg wydarzeń w naszej galaktyce. Zanim opowiem o tych szczęśliwych wydarzeniach, muszę powrócić do historii układu światów, który miał teraz odegrać wiodącą rolę w historii galaktyki.
W pewnej „wysepce” oddzielonej od galaktycznego „kontynentu” żyła wspomniana wcześniej dziwna symbiotyczna rasa ichtioidów i arachnoidów. Istoty te stanowiły niemal najstarszą cywilizację w galaktyce. Osiągnęły „ludzki” poziom rozwoju umysłowego wcześniej nawet niż inni ludzie. Mimo zmiennych kolei losu, poprzez miliardy lat swojego istnienia poczyniły ogromne postępy. Gdy wcześniej opisywałem ich historię, skończyłem na chwili, gdy opanowali wszystkie planety swojego układu dzięki wyspecjalizowanym rasom arachnoidów, które wszystkie pozostawały w stałej telepatycznej łączności z ichtioidami zamieszkującymi oceany ojczystej planety. W miarę upływu epok kilka razy niemal spotkała je zagłada, to w wyniku zbyt śmiałych eksperymentów fizycznych, to z uwagi na zbyt ambitną telepatyczną eksplorację. Z czasem jednak osiągnęli stan rozwoju umysłowego niezrównany w całej galaktyce.
Ich mała kosmiczna wysepka, samotna gromada gwiazd, znalazła się z czasem w pełni pod ich kontrolą. Zawierała ona wiele naturalnych układów planetarnych. W niektórych z nich istniały światy, które, gdy wczesne arachnoidy odwiedziły je telepatycznie, zamieszkane były przez rdzenne rasy przedutopijnego poziomu. Pozostawiono je w spokoju, by same mogły wykuć własne przeznaczenie, nie licząc pewnych kryzysów w ich historii, podczas których symbionty w sekrecie wpływały na nie telepatycznie, by pokrzepić ich serca w obliczu trudów. Gdy więc jeden z tych światów dotarł do kryzysu, z którym mierzy się obecnie Homo sapiens, przeszedł przez niego ze względną łatwością prosto do fazy światowej jedności i budowy utopii. Symbiotyczna rasa z wielką ostrożnością ukrywała swoje istnienie przed pierwotnymi ludami, by nie straciły niezależności umysłowej. Dlatego też, podczas gdy symbionty podróżowały pośród tych światów w rakietowych statkach i korzystały z zasobów mineralnych niezamieszkanych planet, nie odwiedzano inteligentnych przedutopijnych światów. Nie odsłaniano przed nimi prawdy do czasu, aż same wkroczyły w pełni w fazę utopii i zaczęły eksplorować sąsiednie planety. Wówczas gotowe były na przyjęcie jej z radością, zamiast ze strachem.
Od tego czasu, dzięki fizycznym i telepatycznym kontaktom, młoda utopia wkrótce docierała do poziomu duchowego samych symbiontów i współpracowała w symbiozie światów na jednakowej stopie.
Niektóre z tych przedutopijnych światów, nie zdegenerowane, ale też i niezdolne do dalszego postępu, pozostawiano w spokoju i zachowywano tak, jak my zachowujemy dzikie zwierzęta w parkach narodowych, z uwagi na zainteresowanie naukowe. Eon po eonie, istoty te, uwięzione przez daremność swych poczynań, bezskutecznie starały się poradzić sobie z kryzysem, jaki dobrze zna współczesna Europa. W kolejnych cyklach cywilizacja wyłaniała się z barbarzyństwa, mechanizacja sprawiała, że poszczególne ludy nawiązywały niespokojny kontakt, wojny międzypaństwowe i klasowe prowadziły do żądzy lepszego porządku świata, ale bez skutku. Kolejne katastrofy znów naruszały fundamenty cywilizacji i stopniowo wracało barbarzyństwo. Eon po eonie, proces ten powtarzał się pod spokojną telepatyczną obserwacją symbiontów, których istnienia nigdy nie podejrzewały obserwowane przez nie prymitywne stworzenia. Tak, jak my możemy spoglądać na jakiś basen pływowy, w którym poślednie istoty powtarzają z naiwnym zapałem dramaty, które eony temu odegrali już ich przodkowie.