Wszystkie ambitne plany trzeba więc było porzucić.Fizyczne podróże między galaktykami nie wchodziły już w grę. Takie przedsięwzięcia zużyłyby zbyt wiele ze skromnych zasobów pozostałych po ekstrawagancji wcześniejszych eonów. Nie było już także niepotrzebnych podróży wewnątrz galaktyki. Światy trzymały się swoich słońc, które stopniowo ochładzały się i stopniowo zacieśniały orbity, by utrzymać ciepło.
Ale choć galaktyka została fizycznie zubożona, pod wieloma względami była utopią. Symbiotyczna społeczność gwiazd i światów pozostawała doskonale harmonijna. Walki między nimi należały do przeszłości i obie formy życia zachowywały całkowitą lojalność wobec wspólnego celu. Z radosnym entuzjazmem przeżywały swoje osobiste żywoty, przyjazne konflikty i wzajemne zainteresowanie. Każde wedle swoich możliwości brało udział we wspólnym zadaniu eksploracji i poznawania kosmosu. Gwiazdy umierały teraz szybciej niż kiedykolwiek, jako że cała rzesza dojrzałych gwiazd zmieniła się w grupę starych białych karłów. Umierając, oddawały swoje ciała na rzecz społeczeństwa, aby wykorzystano je albo jako rezerwuary energii subatomowej, albo jako sztuczne słońca czy światy zaludnione inteligentnymi populacjami robaków. Wiele układów planetarnych krążyło teraz wokół sztucznych słońc. Pod względem fizycznym był to znośny substytut, ale istoty, które stały się umysłowo zależne od partnerstwa z żywą gwiazdą z przygnębieniem spoglądały na byle kosmiczny piec. Przewidując nieunikniony rozpad symbioz w całej galaktyce, planety robiły wszystko, co w ich mocy, by chłonąć anielską mądrość gwiazd. Ale po paru eonach liczba planet również zaczęła spadać. Mrowie światów nie mieściło się już wokół przygasających słońc. Wkrótce moc umysłowa galaktyki, która dotąd z trudem utrzymywała wysoki poziom, musiała zacząć więdnąć.
W galaktyce panował jednak nastrój nie przygnębienia, lecz radości. Symbioza znacznie wzmocniła sztukę telepatycznej łączności i wreszcie wszystkie rodzaje ducha, z których składała się galaktyczna społeczność, były ze sobą związane tak blisko, że z ich harmonijnej różnorodności wyłonił się prawdziwy galaktyczny umysł, którego zasięg umysłowy przerastał możliwości gwiazd i światów tak dalece, jak one przerastały pojedyncze stworzenia.
Galaktyczny umysł, składający się z umysłów wszystkich gwiazd, światów i zamieszkujących je organizmów, wzbogacony przez wszystkie swoje składowe i przebudzony do stanu wyższej świadomości, rozumiał, że pozostało mu niewiele życia. Patrząc wstecz na wieki galaktycznej historii, spoglądając na rzesze różnorodnych istot, umysł galaktyki widział, że składał się z tych wszystkich niewypowiedzianych konfliktów, żalów i zawiedzionych nadziei. Stanął naprzeciw wszystkich tych udręczonych duchów przeszłości nie ze współczuciem czy żalem, ale z zadowoleniem, tak jak człowiek spoglądać może na własne dziecięce psoty. I powiedział — w umyśle każdej składającej się na niego istoty:
— Ich cierpienie, które zdawało im się jałowym złem, było niską ceną za moje przyszłe nadejście. Słuszna, słodka i piękna jest całość, w której wszystko to się wydarza. Albowiem ja jestem niebem, w którym miriady moich przodków znajdują zadośćuczynienie, spełnienie swoich życzeń. W tym krótkim czasie, jaki mi pozostał, zamierzam iść naprzód wraz ze wszystkimi swymi towarzyszami w kosmosie, aby ukoronować wszechświat doskonałym, radosnym zrozumieniem i oddać Sprawcy Galaktyk, Gwiazd i Światów należytą cześć.
XII. Przygaszony duch kosmosu
Gdy nasza galaktyka w końcu zdolna była do pełnej telepatycznej eksploracji kosmosu i innych galaktyk, odkryła niepokojący stan życia we wszechświecie. Bardzo niewiele galaktyk przeżywało teraz swoją młodość; większość miała dawno za sobą najlepsze czasy. W całym kosmosie martwe, wygasłe gwiazdy znacznie przewyższały liczebnie żywe i świetliste. W wielu galaktykach konflikt gwiazd i światów skończył się jeszcze tragiczniej niż w naszej. Pokój osiągnięto dopiero wtedy, gdy obie strony uległy zwyrodnieniu bez nadziei na poprawę. W większości młodszych galaktyk konflikt ten jeszcze nie nastąpił i najbardziej przebudzone z galaktycznych duchów czyniły już starania, by uzmysłowić nieświadomym społecznościom światów i gwiazd ich wzajemne istnienie, zanim dotrą do etapu wojny.
Wspólny duch naszej galaktyki dołączył teraz do nielicznej społeczności najbardziej przebudzonych istot we wszechświecie, rozproszonych, zaawansowanych galaktycznych umysłów, których celem było stworzenie prawdziwej kosmicznej wspólnoty, ze wspólnym umysłem miriad różnych światów i inteligencji, z nadzieją na uzyskanie poziomu mądrości i twórczego ducha nieosiągalnego na płaszczyźnie galaktyki.
Z poczuciem doniosłości i radości my, kosmiczni odkrywcy, którzy zgromadziliśmy się już we wspólnym umyśle naszej galaktyki, staliśmy się teraz częścią intymnego zjednoczenia wielu galaktycznych umysłów. My, a raczej ja, doświadczałem teraz powolnego dryfu galaktyk tak, jak człowiek czuje ruch swoich kończyn. Z różnych punktów widzenia przyglądałem się wielkiej śnieżycy miliona galaktyk, płynących i krążących, a nawet oddalających się od siebie wraz z niestrudzonym rozszerzaniem się przestrzeni kosmicznej. Ale choć przestwór kosmosu był coraz większy w odniesieniu do rozmiaru galaktyk, gwiazd i światów, dla mnie, z moim złożonym, rozproszonym ciałem, kosmos wydawał się nie większy niż wielka, zwieńczona kopułą hala.
Moje doświadczenie czasu również się zmieniło; teraz, jak zdarzyło się i wcześniej, eony były dla mnie krótkie jak minuty. Widziałem całe życie kosmosu nie jako długi, spokojny marsz z odległego, ciemnego źródła ku wspaniałej i jeszcze dalszej wieczności, ale jako krótki, rozpaczliwy wyścig z galopującym czasem.