Mając świadomość istnienia tak wielu zacofanych galaktyk, sobie samemu zdawałem się samotnym intelektem wśród dziczy barbarzyńców i bestii. Tajemnica, daremność, trwoga egzystencji ciążyły mi teraz okrutnie. Bowiem zdawało mi się, jako duchowi tej małej grupy przebudzonych galaktyk otoczonych przez pogrążone w letargu i skazane na zagładę hordy w ostatnich dniach kosmosu, że nigdzie nie ma nadziei na żaden triumf. Wyglądało na to, że ujrzałem już cały zakres istnienia. Nie było żadnego „gdzie indziej”. Znałem dokładną sumę materii w kosmosie. I choć „ekspansja” przestrzeni oddalała już od siebie galaktyki szybciej, niż światło mogłoby pokonać tę przepaść, telepatia wciąż pozwalała mi na kontakt z całym kosmosem. Wielu członków naszego wspólnego ja było oddalonych od siebie przez nieprzemierzoną otchłań wynikającą z bezustannej „ekspansji”, ale telepatycznie byli wciąż zjednoczeni.

Ja, wspólny umysł zaledwie dwudziestu galaktyk, zdawałem się teraz samemu sobie być nieudanym, kalekim umysłem samego kosmosu. Składająca się z miriad istot społeczność, której byłem tworem, powinna była opanować całość istnienia. W kulminacyjnym punkcie historii kosmosu jego w pełni przebudzony umysł powinien był zdobyć pełnię wiedzy i duchowego rozwoju. Ale nie było mi to pisane. Albowiem nawet teraz, w schyłkowej fazie kosmosu, gdy jego fizyczny potencjał niemal całkowicie się wyczerpał, osiągnąłem jedynie niski poziom rozwoju duchowego. W istocie miałem jeszcze mentalność młodzieńca, ale moje kosmiczne ciało było w stanie rozkładu. Byłem embrionem wijącym się w kosmicznym jaju, którego żółtko już gniło.

Spoglądając wstecz na minione eony, byłem pod mniejszym wrażeniem długości podróży, która doprowadziła mnie do obecnego stanu, niż jej pośpiechu, nieładu i nawet krótkotrwałości. Patrząc na najwcześniejszą z epok, zanim narodziły się gwiazdy, zanim z chaosu wyłoniły się mgławice, wciąż nie widziałem żadnego jasnego źródła, ale tylko tajemnicę tak niejasną jak wszystkie te, z którymi zmagają się maleńcy mieszkańcy Ziemi.

Podobnie gdy próbowałem zgłębić własną istotę, znalazłem nieprzeniknioną tajemnicę. Choć moja samoświadomość była przebudzona w stopniu trzykrotnie oddalonym od świadomości istot ludzkich, czyli od jednostki do światoumysłu, od światoumysłu do umysłu galaktyki, a stamtąd do kalekiego kosmicznego umysłu, głębia mojej natury pozostawała dla mnie nieznana.

Choć mój umysł zebrał w sobie całą mądrość wszystkich światów ze wszystkich epok i choć życie mojego kosmicznego ciała stanowiło życie miriad nieskończenie zróżnicowanych światów i miriad nieskończenie różnorodnych pojedynczych istot, i choć moje codzienne życie stanowiło radosne i kreatywne przedsięwzięcie, wszystko to było niczym. Wokół istniała bowiem rzesza niespełnionych galaktyk i moje własne ciało było już poważnie zubożone przez śmierć moich gwiazd, a eony uciekały z zatrważającą prędkością. Wkrótce dezintegracji musiała ulec struktura mojego kosmicznego mózgu, a wówczas musiałem utracić cenny, choć niedoskonały stan świadomości i spadać na kolejne, niższe poziomy drugiego dzieciństwa umysłu, aż do kosmicznej śmierci.

Bardzo dziwne było to, że ja, który znałem całość czasu i przestrzeni i liczyłem wędrowne gwiazdy niczym owce, żadnej nie przeoczając, ja, który stanowiłem najbardziej przebudzoną ze wszystkich istot, ja, chwała, dla której powstania oddały życie miriady istot we wszystkich erach i którą miriady czciły, spoglądałem teraz na siebie z tym samym przytłaczającym podziwem, tą samą zawstydzającą czcią, jak ta, z którą ludzie przemierzający pustynię patrzyli na gwiazdy.

XIII. Początek i koniec

1. Powrót do mgławic

Podczas gdy przebudzone galaktyki starały się w pełni wykorzystać ostatnią fazę swojej świadomości i gdy starałem się o to ja, niedoskonały kosmiczny umysł, zacząłem mieć dziwne, nowe odczucia. Wyglądało na to, że telepatycznie natykam się na jakąś istotę lub istoty rodzaju z początku zupełnie dla mnie niepojętego.

Początkowo przypuszczałem, że przypadkiem zetknąłem się z podludzkimi istotami w prymitywnej erze jakiejś naturalnej planety, być może z przypominającymi ameby drobnoustrojami, pływającymi w pierwotnym morzu. Byłem świadom jedynie podstawowego głodu ciała, takiego jak żądza wchłonięcia energii fizycznej dla podtrzymania życia, żądza ruchu i kontaktu, żądza światła i ciepła.