Wtedy Sprawca Gwiazd rzekł:
— Niechaj się stanie światłość.
I stała się światłość.
Ze wszystkich istniejących równocześnie w jednym miejscu ośrodków mocy wyłonił się rozbłysk światła. Wszechświat eksplodował, realizując potencjał przestrzeni i czasu. Ośrodki mocy, jak fragmenty wybuchającej bomby, uleciały na wszystkie strony. Każdy jednak zachował w sobie, jako wspomnienie i tęsknotę, tego wspólnego ducha całości i każdy odzwierciedlał w sobie aspekty pozostałych poprzez całą kosmiczną przestrzeń i czas.
Nie mieszcząc się już w jednym punkcie, kosmos stanowił teraz przestwór niewyobrażalnie gęstej materii i niewyobrażalnie gwałtownego promieniowania, stale rozszerzający się. I był drzemiącym, nieskończenie podzielonym duchem.
Ale równie dobrze, jak że kosmos się rozszerza, można by powiedzieć, że jego składowe się kurczą. Ośrodki mocy, z początku nakładające się na siebie w punktowym kosmosie, same generowały kosmiczną przestrzeń w miarę oddalania się od siebie. Ekspansja całego kosmosu stanowiła jedynie skurczenie się wszystkich jego fizycznych składowych i długości fal jego światła.
Choć kosmos miał zawsze skończoną objętość, w relacji do jego drobnych fal światła był bezkresny i pozbawiony środka. Tak jak powierzchnia rosnącej sfery nie ma granicy czy środka, tak i rosnąca objętość kosmosu była ich pozbawiona. I podczas gdy sferyczna powierzchnia skupiona jest wokół nienależącego do niej punktu, tak kosmos skupiał się wokół punktu w „czwartym wymiarze”.
Stłoczona i wybuchająca chmura ognia pęczniała, aż osiągnęła rozmiary planety, gwiazdy, całej galaktyki i dziesięciu milionów galaktyk. A rosnąc, rozrzedzała się, przygasała, uspokajała się.
Obecnie w kosmicznej chmurze trwała walka jej ekspansji z wzajemnym przyciąganiem jej części, rozproszonych na wiele milionów chmurek, rój wielkich mgławic.
Przez jakiś czas znajdowały się one tak blisko siebie w relacji do ich objętości, jak kłęby na pochmurnym niebie. Ale przepaście między nimi rozszerzały się, aż stawały się odległe od siebie jak kwiaty na krzewie, jak pszczoły w latającym roju, jak migrujące ptaki, jak okręty na morzu. Coraz bardziej oddalały się od siebie, a jednocześnie każda z nich skupiała się, z początkowo stając się kulą, a następnie obracającą się soczewką i wirem gwiezdnych strumieni.