Kosmos wciąż się poszerzał, aż najodleglejsze od siebie galaktyki oddalały się od siebie tak szybko, że pełzające światło kosmosu nie było już w stanie pokonać dzielącej je przepaści.
Ja zaś wciąż widziałem je wszystkie oczyma wyobraźni, zupełnie jakby jakieś inne, nadkosmiczne i natychmiastowe światło pochodzące znikąd w przestrzeni kosmosu rozświetlało wszystko od wewnątrz.
Ponownie, ale w nowym, zimnym i przenikającym wszystko świetle, przyglądałem się życiu gwiazd i światów, galaktycznych społeczności i siebie samego, aż do chwili, w której wówczas się znajdowałem, naprzeciw nieskończoności, którą ludzie zwą Bogiem i którą wyobrażają sobie zgodnie z własnymi ludzkimi pragnieniami.
Ja również próbowałem teraz uchwycić ego nieskończonego ducha, Sprawcę Gwiazd, w obraz wysnuty przez moją własną, skończoną, choć kosmiczną naturę. Teraz zdawało mi się bowiem, że nagle przerosłem trójwymiarowe postrzeganie właściwe wszystkim stworzeniom i że fizycznym wzrokiem ujrzałem Sprawcę Gwiazd. Zobaczyłem, choć nigdzie w kosmicznej przestrzeni, ogniste źródło kosmicznego światła tak, jakby było przytłaczająco jasnym punktem, gwiazdą, słońcem potężniejszym niż suma wszystkich słońc. Zdawało mi się, że ta promienna gwiazda leżała w samym środku czterowymiarowej sfery, której zakrzywiona powierzchnia była trójwymiarowym kosmosem. Ta gwiazda gwiazd była w istocie Sprawcą Gwiazd ujrzanym przeze mnie, jego kosmiczne stworzenie, przez jedną chwilę — zanim jego splendor oślepił mój wzrok. I przez tę chwilę wiedziałem, że zobaczyłem samo źródło całego kosmicznego światła, życia i umysłu oraz wielu innych rzeczy, o których nie miałem pojęcia.
Ale ten obraz, ten symbol, który wytworzył mój kosmiczny umysł pod wpływem niewyobrażalnego doświadczenia, zniekształcił się poprzez sam mój akt percepcji, tak nieadekwatne do sytuacji było moje postrzeganie . Powracając w swej ślepocie do momentu wizji, pomyślałem, że gwiazdę, która była Sprawcą Gwiazd i immanentnym centrum całego istnienia, odebrałem jako spoglądającą na mnie, jej stworzenie, z wyżyn swej nieskończoności. Gdy go ujrzałem, natychmiast rozpostarłem marne skrzydła swojego ducha, by podlecieć ku niemu, ale zostałem oślepiony, oparzony i strącony w dół. Zdawało mi się w owej chwili mej wizji, że cała tęsknota i nadzieja skończonych duchów pragnących zjednoczenia z nieskończonym duchem nadawały sił mym skrzydłom. Byłem przekonany, że ta Gwiazda, mój Sprawca, musi schylić się ku mnie i unieść mnie, objąć swą światłością. Myślałem bowiem, że ja, duch tak wielu światów, kwiat tak wielu wieków, stanowiłem Kosmiczny Kościół zasługujący w końcu, by stać się oblubienicą Boga. Zamiast tego jednak straszliwe światło oślepiło mnie, sparzyło i przerwało mój lot.
Nie tylko fizyczny, olśniewający blask uderzył mnie w tym kulminacyjnym punkcie mojego życia. W tej chwili zgadłem, w jakim nastroju był nieskończony duch, który stworzył kosmos i wciąż go wspierał, przyglądając się jego pełnemu udręki rozwojowi. I właśnie to odkrycie mnie powaliło.
Ujrzałem bowiem nie serdeczną, łaskawą miłość, ale zupełnie odmienne nastawienie ducha. W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że Sprawca Gwiazd nie stworzył mnie, bym stał się jego oblubienicą ani ukochanym dzieckiem, ale w innym celu.
Zdało mi się, że spojrzał na mnie z wyżyn swojej boskości z wyniosłą, choć pełną pasji uwagą artysty oceniającego ukończone dzieło; spokojnie cieszącego się swym osiągnięciem, ale rozpoznającego ostatecznie niewątpliwe wady pierwotnej koncepcji i wciąż pragnącego stworzyć coś świeżego.
Przyglądał mi się ze spokojną wprawą, odsuwając na bok moje niedoskonałości i wchłaniając dla własnego wzbogacenia tę odrobinę wspaniałości, którą zdobyłem dzięki wiekom trudów.
Cierpiąc katusze, podniosłem krzyk przeciwko swemu bezlitosnemu twórcy. Krzyczałem, że ostatecznie stworzenie było szlachetniejsze od stwórcy, jako że kochało i pożądało miłości, nawet ze strony gwiazdy będącej Sprawcą Gwiazd, podczas gdy on sam ani nie kochał, ani nie potrzebował miłości.